Zasnęłam. Dosłownie zapadłam się w grzęzawisku nicości. To nie było jak powolne opadanie na dno przezroczystego jeziorka z piaszczystym dnem. To było jak trzaśnięcie drzwiami od piwnicy i wepchnięcie w maź czerni świadomości.
Trzask. I Cię nie ma. Są tylko wytwory Twojej wyobraźni. Strzępy słów. Czyny. Ludzie których nigdy nie znałeś ale we śnie tulisz ich do siebie jakby znaczyli wiele więcej.
Trzask. I budzi Cię telefon. Mąż pyta co kupić. Krótka piłka, a słowa niemal bełkotane, wyślizgują się z ust, pragnąc tylko powrotu do piwnicy. Koniec rozmowy.
Trzask. I znowu tam jesteś. Możesz wiele. I możesz znowu nic. Być popychadłem i mścić się tylko poprzez trzaśnięcia tych cholernych drzwi. A potem znowu obcy znajomi, obce twarzy rodziny, które tulisz niczym własne dzieci.
I znowu trzask. Kolejny telefon. Znowu na powierzchni słów. Dziecko, że zostaje w świetlicy. Wróci za pół godziny. Koniec rozmowy.
I koniec drzemki...