sobota, 28 marca 2020

Antyutopia

W końcu następuje sobota. Możesz spać, ile tylko chcesz. Przewracasz się z boku na bok, czując wewnętrzną zgodę na to słodkie lenistwo. Ciało ze znacznym spowolnieniem podąża za umysłowym kierunkowskazem. Odkształcone myśli, pofałdowane snem ciało, wszystko razem - miękko wygniata napięte tygodniem obserwacje. Blady uśmiech przemyka ci radośnie po twarzy. Pragniesz zatrzymać to wszystko w szerokim, barwnym kadrze. Zachować na pamiątkę unoszący się w rzeczywistości więziennej wycinek tej wyjątkowej czasoprzestrzeni. Miękkiej, wygrzanej ciałem pościeli. Bieli kojącej zmysły. Blasku słońca dumnie stąpającemu po kątach. Poranka tak cichego, że szept automatycznie przemienia się w zabawny stukot zimnych jeszcze ścian. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech…

I tu stawiasz trzy kropki. Stop klatkę. Bo tradycyjnie, w codziennym odruchu Pawłowa, sięgasz po telefon, na którym już rozkrzyczaną czerwienią bije cię po oczach bezimienny raport z nocnych obrad rządu twojego kraju. Czytasz i nie dowierzasz. I w jednej chwili to wszystko, co wygniecione, senne, miękkie i pofałdowane - przemienia się znowu w boleśnie napiętą strunę. Ciało zastyga i automatycznie wpada w te swoje betonowe odlewy. Oczy zachodzą mrokiem. Umysł zatrzaskuje drzwi i zakłada na nich żelazną kłódkę. Znowu jesteś w tej cholernej pułapce chorej abstrakcji. Masz ochotę krzyczeć. Wyć na cały regulator istniejącej jeszcze w tobie mocy. Pragniesz w jednej sekundzie wyjść na ulicę i wraz z wściekłym, milionowym tłumem wypluć z siebie ten pieprzony jad, którym karmi cię ten kraj od lat. Rzygasz już nim. Zatrucie osiągnęło poziom nasycenia wielowymiarowego. Lecz tym razem nie możesz już nic. Bo i tego zabrania ci twój kraj. Zamknął ciebie, jak i pozostałe miliony w mieszkaniach, domach, pokojach. Tkwisz więc na pięćdziesięciu pięciu metrach kwadratowych, na powierzchni dwóch niewielkich pokoi, zamieszkiwanych przez cztery osoby i dwa koty, wściekle roznoszące drewniany żwirek po wszystkich zakamarkach. Ciasno i duszno. Paranoicznie i schizofrenicznie.

Tymczasem głupie serce młóci jeszcze naiwne modlitwy nadziei. Że to jakaś pomyłka. Ponaglony Prima Aprilis. Że to przypadek. Że zatracili się nieco. Dali zapędzić w kozi róg. I zaraz to naprawią. Chwila. Momencik. Będzie dobrze. Nie bój się. Będzie dobrze. Będzie dobrze. To się da jeszcze odkręcić. Jest dobrze, naprawdę. I tak też będzie.

Nie!

Nie będzie, kurwa, dobrze! Bo oto właśnie się stało - tej rozkosznej, otulonej w ciepłą biel pościeli, nocy - większościowo uchwalono wyrok śmierci! Wydano go zaskakująco lekką ręką na miliony obywateli z jednoczesnym i jakże upiornym uśmiechem na gębie. A Joker, liliput, macha sobie właśnie nóżkami zadowolony i z odklejonym od rzeczywistości starczym umysłem. Antyutopia stała się twoim nowym domem.

Trzaskasz drzwiami. Wsiadasz z dziećmi do auta i jedziecie do lasu w nadziei na odrobinę świeżego powietrza, rozprostowanie kości, poruszania się nieco. Trzeba coś zrobić. Zmienić ten constans. Lecz spacer po lesie staje się pułapką. Słońce zamiast ogrzewać i rozleniwiać, podgrzewa do stanu wrzenia myśli. Drżysz coraz mocniej i z trudem panujesz nad językiem. I wtedy wpadasz na grupkę młodzieży, roześmianej, pijącej alkohol i palącej grilla.

Zakaz zgromadzeń powyżej 2 osób.

Zakaz palenia ognia w ogarniętym suszą lesie.

Ignorancja.

Zabawa.

Śmierć.

Ot - wyrok wykonany.

Nie potrzeba tu wojska. Nie potrzeba tu rządu. Nie potrzeba tu ustaw przepychanych kolanem po nocy. Nie potrzeba Jokera z umysłem paranoika. Wystarczy zatkać uszy, oczy i usta. Wystarczy być małpką w zoo. Wytresowaną do bylejakości.

Chwytasz więc dzieci za ręce i uciekasz z lasu z powrotem do więzienia, bo teraz to już nawet strach się bać…

piątek, 27 marca 2020

Home Office

Z niedowierzaniem przeglądasz zdjęcia na telefonie. Zaprzeszłe echa minionej już epoki mrużą oczy spoglądające pod słońce prosto w obiektyw. Uśmiechnięte. Zrelaksowane. Czasem zaskoczone. Kochające życie. Tulące się wzajemnie. Poznające życie. Głaszczące koty, psy, konie. Doświadczające matryc tak zwanej normalności. Ale czym ona jest jest dzisiaj? I jakim cudem, to co wydawało się nią być, przemieniło się w tak nagle i niespodziewanie w luksusową markę? Niedostępną? Poza zasięgiem każdego - bogatego, biednego, chorego, czy zdrowego? Jak to w ogóle możliwe?

Skradało się do twojego umysłu kilka namacalnych kataklizmów. Ekologiczny - najbliższy twemu sercu, przewidywalny, budzący jednak przerażenie oraz strach. Upały, susze, brak wody, jedzenia, walka o przetrwanie, strach o przyszłe pokolenia, ale nade wszystko o własne dzieci. Czy też ekonomiczny - wykrzykiwany przez najwybitniejszych ekonomistów świata. Kolejna bańka. Bum i wszystko cenowo fruwa pod sufitem twoich możliwości. Zwiększone bezrobocie, znowu pracodawcy rządzą światem, a ty, mały robaczku, radź sobie tak, jak możesz najlepiej. Sprzątając cudze domy i mieszkania, pożyczając na chleb i żebrząc o godne życia. Ale obydwa wymienione kataklizmy były od dawna jasne, klarowne, do przewidzenia.

A ten jeden - zupełnie, totalnie, na całej linii - zignorowany, zbagatelizowany, wypchnięty poza granicę naszej ludzkiej wyobraźni. Pomimo krzyczących książek, historii z krwią zaschniętą na ustach. Niczego się nie nauczyliśmy. Wciąż pogrążamy się w chaosie jaźni.

Ot - mit niezniszczalności.

Początek - to tylko jeden dzień, jedna chwila w trakcie tego jednego dnia. Zwykłe pstryknięcie palcami. Dzwonek wieczorną porą. Ruch dłonią. Przesunięta ku górze zielona słuchawka. I dźwięk w telefonie. To takie proste - pstryk.

Wychodzisz jak codzień z biura. Bierzesz swój laptop i zarzucasz na ramię. Spoglądasz na stanowisko pracy, które każdego dnia starasz się utrzymywać w jak najlepszym porządku i czystości. Podlany kwiatek będący prezentem z okazji Dnia Kobiet. Ponętna , wielka i zapewne soczysta pomarańcza zarezerwowana na jutrzejsze śniadanie. Szafki pozamykane na klucz. Długopisy pochowane. Chusta otulająca cię ciepłem w chłodne dni poskładana w trójkąt na oparciu wygodnego fotela. Odhaczone wszystkie punkty na liście porządnego pracownika.

Godzinę później przekraczasz próg swojego domu. Witasz się z dziećmi. Tulisz je. Zatapiasz dłonie w ich miękkie i pachnące włosy. Słuchasz ich szkolnych opowieści. A w myśli układasz już listę zakupów. Potem pędzisz samochodem do sklepu pragnąc zrobić zapasy na nadciągającą kwarantannę. Choć, co najśmieszniejsze, nie wiesz jeszcze, że ona naprawdę nastąpi. Ale czujesz ją intensywnie w kościach, czujesz podświadomie, w każdym oddechu i tonie walącego wściekle serca, ty po prostu wiesz, że COŚ się wydarzy i mocno tąpnie rzeczywistością. I kiedy tak wykładasz te wszystkie mnogie produkty na taśmę kasową - rozdzwania się twój telefon, a na ekranie wyświetla się imię szefowej. Odbierasz.

- Od jutra pracujemy zdalnie. Nie jedź do biura. Zostań w domu.

I tak właśnie to się dzieje. Zwyczajny dzień. Zwyczajne zakupy. Zwyczajny telefon. Lecz słowa, już nie takie zwykłe, sunące po linii światła i dźwięku - pędzą z doniesieniem o końcu świata, choć jeszcze go nie straciłaś, choć jeszcze go przecież posiadasz, choć jeszcze tak dobrze go znasz. Ot, klamka zapada. I właśnie tak się to zdarza. To właśnie jest ten moment. Chwila, od której nie ma już najmniejszego odwrotu. Chwila, w której rzeczywistość montuje już kraty we wszystkich twoich oknach.

Zostań w domu.
Zostań żywa.

poniedziałek, 23 marca 2020

Wariatkowo

Otwierasz oczy.

Ciemne jądro nocy rozświetlane pomarańczowym blaskiem ulicznych latarni, pełznie powoli ku twoim zmęczonym dłoniom, sięgającym po komórkę leżącą tuż obok. Zabawa światłocieni trwa w najlepsze. A ty pragniesz tylko ponownie zanurzyć się w czarną otchłań snu. O ile to, co właśnie minęło, było snem właśnie. Nabierasz powietrza w obolałe płuca i wysapujesz zmęczenie wraz z przeciągłym świstem. Chcesz tylko sprawdzić ile minęło czasu, odkąd ostatni raz kontrolowałaś godzinę. Skupiasz przez chwilę wzrok, marszcząc przy tym czoło, i momentalnie czujesz, jak fale twojej skóry na czole zachodzą na siebie wzajemnie, prężąc się, wyginając, i w końcu zastygając po drodze. Pierwsza dwadzieścia osiem. Psia krew! Chcesz przecież tylko spać. Chcesz spać. Chcesz spać!

Otwierasz oczy.

Wciąż pomarańczowa ciemność. Godzina druga z większym hakiem. Już nawet nie pamiętasz wartości po dwukropku, która smartfonowo rozświetliła na chwilę twoją twarz. Druga to przecież nadal środek nocy, a ty przewalasz się z boku na bok, nie mogąc się w pełni zanurzyć w tę odmóżdżającą, resetującą umysł część doby.

- Co się dzieje? - słyszysz za swoimi plecami i czujesz jego ciepły oddech na karku.
- Nie mogę spać. - warczysz i kąsasz każdą literą wycedzaną z ust o tej porze. Czyż to nie jest aż nazbyt oczywiste?
- Może weźmiesz tabletkę?
- Nie.

Sekundę później jego oddech nabiera tej zazdrosnej głębi, a twoja głowa z powrotem opada z ciężarem myśli na miękką poduszkę. Za późno na chemiczny sen. Zaśnij. Proszę, zaśnij, głowo.

Otwierasz oczy.

Blask słońca rozświetla już pokój, przedzierając się z tą swoją codzienną, poranną werwą przez cienką warstwę bieli, odgradzającej wasze życie od reszty świata. Lecz gdyby nie ta biel w oknach, widzielibyście się wszyscy, niczym w programie popularnej telewizji śniadaniowej. Materac na podłodze w stylu japońskim, na ścianach obrazy Buddy, dwa sukulenty na białej komodzie. Sięgasz po telefon spodziewając się budzika. Czwarta trzydzieści siedem. Półtorej godziny jeszcze. Choć wewnętrzny zew ciała pionuje się cię jakby z automatu. Uciekaj. Uciekaj, póki możesz. Póki jeszcze masz czas! Skacz, nurkuj, zniknij. Jeszcze masz czas…

Z zamkniętymi oczami sięgasz po wibrujący budzikiem telefon. Oczy nie chcą się otwierać. Powieki to teraz stal, a ciało - betonowy filar. Wszystko boli. A najmocniej - świadomość, że właśnie na dobre rozpoczyna się nowy dzień. Kolejny dzień bez drzwi i bez klamek. Z kratami w oknach, których jeszcze nie widać.

Praca.
Nauka.
Rozmowy.
Izolacja.
Wariatkowo.

niedziela, 22 marca 2020

Strach matki

Czy można przestać się bać? Czy można dezaktywować raz na zawsze ten wielki, czerwony przycisk, który w jednej sekundzie doprowadza do temperatury wrzenia adrenalinę i kortyzol? Chciałabyś. Choćby teraz. Dziś. Już. Teraz. W tej cholernej właśnie chwili, kiedy przez cały świat przetacza się pierwsza fala pandemii. A najlepiej na bliżej nieokreślony czas. Albo choćby na troszkę. Na kilka najbliższych miesięcy. Lecz doskonale wiesz, że to jest niemożliwe. Pod każdym możliwym względem.

Dopóki jesteś sama - twój świat obraca się tylko wokół tego, co ty możesz zrobić sama dla siebie, dla świata, dla innych, dla lokalnej społeczności, dla niego, dla niej, dla przyjemności, dla bólu istnienia. Realizujesz się. Rzucasz wyzwania. Podejmujesz walkę. Pokonujesz swoje słabości lub dajesz im się pokonać. Triumfujesz. Przegrywasz. Skaczesz. Tańczysz. Śpiewasz. Płaczesz. Śmiejesz się do rozpuku. Doświadczasz. Tęsknisz. Kochasz. Nienawidzisz. Szukasz równowagi. Szukasz odpowiedzi na pytania. Podróżujesz. Zwiedzasz. Żyjesz…

Dopóki jesteś sama, ogarniasz wszystko samodzielnie w swoim własnym, malutkim, niejednorodnym świecie. Istniejesz sama dla siebie. Owszem, są być może rodzice lub ich nie ma już wcale. Może są blisko lub są bardzo daleko. Może jesteś związana bardziej z matką, a może bardziej z ojcem. Może kochasz ich oboje wciąż tak samo mocno. Może tęsknisz za jednym, może bardziej za drugim. Lub może tęsknisz za obojgiem. A może za nikim. A może jesteś już sama jak palec. I wszystko ci już jedno. Jednak twój dorosły, dojrzały zegar tykając, każdego dnia coraz mocniej wypycha cię ku własnej, samotnej podróży. Gdzie współdzielone z innymi ścieżki to już tylko ewentualności, które mogą, ale wcale nie muszą się wydarzyć.

Jednak chwila, w której rodzi się twoje dziecko, istota tak diabelnie krucha i zależna tylko od ciebie - to jest ten moment, i to miejsce, których nigdy już nie cofniesz, nigdy ich nie zmienisz, a wielkość i znaczenie tej sytuacji wybrzmiewać będzie w tętnie twojego serca do końca twoich dni. Przestajesz już być tylko sama dla siebie. Kończą się rzeczy, które robiłaś tylko sama dla siebie, dla świata, dla innych, dla lokalnych społeczności, dla niego, dla niej, dla bólu istnienia. Kończy się twoje własne, egocentryczne chciejstwo i czarodziejstwo. Zaczyna się wasze wspólne „wy”. Twój świat nagle poszerza swoje granice i przestaje być mikroskopijną wysepką. Przemieniasz się. Formalizujesz swoje wiekuiste istnienie do tego, co zaprogramowała ci Matka Natura. Klamka zapadła. Koniec. Ta-dam! Od tej chwili startujesz w innej formatce. Na zawsze już będzie matką. Nikt i nic już tego nie zmieni. Ani śmierć, ani wojna, ani katastrofa, ani choroba, czy nawet aborcja. Stało się. I już się nie odstanie. Nie odwołasz już tego. Nigdy. Przenigdy.

A strach? Będzie od tej chwili twoim drugim oddechem. Biciem serca. Drugim śniadaniem. Nocną zmianą. Drugim bokiem podczas snu. Kompulsywno obsesyjnym nawykiem. Schizofrenią. Przekleństwem. Spoiwem każdej życiowej cegiełki układanej codziennie rano, budującej twoją nową, poszerzoną rzeczywistość. Każdego dnia od nowa. Bez ustanku. Bez przerwy. I może… Może… Może któregoś dnia zrozumiesz, że to jest właśnie twoja nowa wersja życia, a przypadkowa anomalia, stała się przeklętą normą. I może wtedy właśnie zrozumieć, że już nigdy nie doświadczysz innej.

Dziecko bowiem oznacza wieczną aktywację programu - przetrwać ponad wszystko. Musisz więc być czujna. Ciągle. Dwadzieścia cztery na siedem. Trzymasz więc w dłoni wielką, długą, białą listę - nowy zakres twoich obowiązków. Masz być. Masz trwać. Masz obserwować. Słuchać wszystkiego. I słyszeć więcej. Pytać. Uczyć się. Czuwać. A każde niepokojące, nawet najdrobniejsze wychylenie wahadła w bok - traktować niczym największe, grożące wam niebezpieczeństwo. Biegnąć zawsze na ratunek. Walczyć. Ale nigdy nie paść.

Tak więc - drżyj.

Drżyj, droga matko…

piątek, 20 marca 2020

Jeszcze będzie dobrze...

Kolejny dzień pędzi jak szalony, na złamanie karku, ku wieczornej mecie. Przez okno, zawsze chętnie witane, wślizguje się olbrzymie serce Twojego małego Wszechświata - słońce w tej całej swojej oślepiającej postaci. Rozlewa się blaskiem po kątach, rozświetlając zakurzone półki, kocie kłaczki zagubione w biegu, czy załamania kątów prostych, zawijasy drewnianych paneli, i finalnie wybuchając na twojej rozgwieżdżonej piegami twarzy. Wyciągając także te niechciane, pochowane do tej pory, poukrywane miejsca, ciągnąc je za uszy, do góry, na powierzchnię tego widzialnego, obserwowanego przez wszystkich, dającego się zakwalifikować słowami i uczuciami - Tu-I-Teraz. Opromienia całe wnętrze, które wczoraj w mroku, dziś kąpiące się w zachwycie i już z nostalgią szykujące pożegnanie na dobranoc.

A potem ściągnięta dotąd zasłona, opada z głośnym szelestem, wzbudzając tony kurzowej zawieruchy. Ta ciężka granica pomiędzy Jawą a Snem posiada magicznie aksamitny oddech, przywierający do ramion ugniatając niczym kot człowiecze ciało, obezwładnia bezgranicznie. Miękko i bezpiecznie. Otwierają się mroczne piwnice upiornych myśli. Wyzwalając najtrudniejsze emocje posklejane codziennym natłokiem myśli. Pal licho twoje własne! Poradzisz sobie z nimi. Choćby płaczem pod gorącym prysznicem. Kiedy nikt cię nie widzi, i nikt cię nie słyszy. Wtedy pozwalasz, by woda była wodą w każdej postaci. Ludzkiej rozpaczy, żalu, smutku, bezwładności. Ale kiedy siadasz naprzeciw syna - młodego człowieka - istoty będącej wciąż jeszcze dzieckiem - i kiedy słyszysz, doświadczasz jego emocji - czujesz się niczym w totolotkowej kumulacji. Ból rozwarstwia każdy skrawek twego serca. Patrzysz na niego zdumiona. Jak on tak może? Zgrabnie ujmować w słowa te wszystkie swoje emocje, stawiać przecinki i średniki, wykrzykniki i myślniki. Znaki zapytania? Zawsze we właściwych miejscach. Zrozumiale. Logicznie. Prosto. No, jak że to tak? „Mamo, jak ja mam tak, bez kolegów, bez przyjaciela? Jak?!”

Przywołujesz go ruchem dłoni. Otwierasz się na przejęcie ładunku. Już wiesz, że będzie to ciężki podarunek. Ale przyjmujesz go, bo tego właśnie pragniesz. Tuląc jego napięte plecy wtulone w twój miękki brzuch, wiesz że wszystko, co czuje on, czujesz i ty. W jednej chwili stajesz się dziesięcioletnim chłopcem z sercem bijącym zawsze na otwartej dłoni, z gorącym rytmem, z logiką i z pięknym uśmiechem, ale także z nerwem i perkusyjnym przytupem. Kochasz go, więc i tulisz do chwili, w której jego ciało się rozluźnia, a wraz z nim i ty sama. Kołyszecie się razem na fali wspólnego oddechu. Układacie na półkach przemieszane pozycje. Ziarna czarne rozdzielacie od tych białych. „Będzie dobrze, kochanie, zobaczysz, będzie jeszcze dobrze.”

czwartek, 19 marca 2020

Psychoterapeutka

Nerwy pozaplatane niczym ciasny, ciężki warkocz. Jak radzić sobie z napływającymi emocjami, które po chwili ogłuszającego uderzenia, rozlewają ci się pod stopami? Z jednej strony twoja własna wyobraźnia, doznania, myśli, obawy, lękotwórcze stwory jaźni. Z drugiej cała brygada rodzinna na pokładzie, dzieci, mąż, rodzice, teściowa. Radź z tym sobie. Udźwignij to. Jesteś dorosła. Jesteś dojrzała. W czym problem?

Robisz w tym świecie od lat za psychoterapeutę. Nikt cię jednak nie wyszkolił. Nie przygotował do dodatkowego, nieodpłatnego zawodu. Nikt nie pokazał, nie nauczył metod prowadzenia takich rozmów. Za każdym razem idziesz więc na żywioł i płyniesz wraz z rzeką własnych myśli i odczuć, próbując przy okazji nie utracić równowagi i nie wpaść, nie utonąć. Serfujesz po oceanie doświadczeń i łączysz ze sobą te maleńkie kropki, licząc na to, że odnajdziesz im wszystkim właściwy port, punkt zaczepienia, podłoże, miejsce zakotwiczenia na dłużej. Po co? Ano po to by odpocząć. Złapać pion. Oddechem napełnić obolałe płaczem płuca. I wykrzyczeć wszystkie żale. Wszystkie krzywdy. Wszystkie braki. Nieprzespane noce. Utracone skrawki dzieciństwa. Wyrwane z objęć demonów i krzywd wrzeszczące karykatury strachu. Wypełnić nimi worki i wyrzucić za burtę codzienności. By nie musieć się już z nimi zmagać.

No więc łączysz te wszystkie cholerne kropki. Ustawiasz w kolejności od A do Zet. Według kolorów, wielkości oraz ciężaru. Ogarniasz każdą piaskownicę, po czym stajesz pod ścianą niczym skazaniec. Bo odpowiadasz głową za poprawnie wykonany cykl naprawy. A łeb ci pęka. Od nadmiarowości tego wszystkiego, a szczególnie tego, co w tobie samej grzmi od tysięcy lat. Od tego, co nawrzucali do niej inni. Skądinąd bliscy i cholernie dla ciebie ważni ludzie. Tulisz ich więc i nienawidzisz jednocześnie. Bo przecież ty też potrzebujesz uwagi. Wysłuchania. Utulenia. Zrozumienia. Nie oceniania. Bycia i towarzyszenia.

Kiedy więc przybiega do ciebie wieczorną porą boso córka, wtulasz się w jej zapachy i starasz wkomponować je wszystkie w całą siebie. By trwać. By nigdy, przenigdy nie zapomnieć. By odczuwając ten stan upojenia dziecięcą Miłością, trwać dalej na straży bezpieczeństwa psychicznego całej rodziny. I modlisz się w duchu by pomimo wszystko - nie zwariować.
Wszystko w głowie pulsuje. Migrenowe wyładowania prądu pod wysokim napięciem zdejmują z ciebie wrażliwość i empatię. Wyłączasz system. Czas na kolejną tabletkę przeciwbólową. Czas na sen. Na ucieczkę przed tym, co dziś i przed tym, co jutro.

wtorek, 17 marca 2020

Mac vs koniec świata

Siedzisz przed ekranem otrzymanego właśnie maca i zastanawiasz się nad tym, kim ty tak naprawdę jesteś. Niebieskość pokoju rozświetlana jest bielą spokojnego oddechu męża. W głowie rozbrzmiewają tylko pojedyncze samogłoski nie tak dawnej histerii. Za oknem rozbrzmiewa kakofonia pandemii. Na świecie panika giełd, walący się dotychczasowy świat. A ty probujesz pozbierać się do kupy i nie panikować. Nie idzie ci to najlepiej.

Kiedy wiec w końcu zaczynasz analizować każdą z tych samogłosek, dociera do ciebie, że to nie biel spokojnego oddechu męża, ale jego potworny i wkurwiający do granic możliwości poziom egocentryzmu, wykluwający się w postaci chrapania. Każda z jego spółgłosek musi wybrzmieć głośno i wyraźnie. W dupie ma to, czy właśnie idziesz spać, czy może chcesz po prostu siedzieć i pisać, co ci tylko przyjdzie do głowy. Jesteś sama z tym potwornym wrzaskiem rozwartego na cala szerokość gardła z zapadniętym do środka językiem. Czy naprawdę istnieje taki świat bez chrapania? Bez tej cholernej udręki bycia duszonym?

Zmieniasz pozycje ciała. Wszystko cie boli i wkurwia jeszcze mocniej. Jaki to ma właściwie sens, skoro właśnie kończy się dotychczasowy świat? A może on juz się zakończył?