Obrażalska. Pamiętasz? Jasne, że pamiętasz. Szkoła podstawowa i to cholerne przekleństwo, łatka przyklejona na samym środku twojej bladej twarzy, gdzieś pomiędzy piegami, a zielonymi oczami. Ileż sprzecznych emocji kotłuje się w tobie, kiedy wspominasz te osiem szkolnych lat. Z jednej strony silne, emocjonalne więzi z ludźmi, z drugiej świadomość bycia nieustannym pośmiewiskiem. Bo brałaś wszystko do siebie tak cholernie poważnie. Bo miałaś w sobie zbyt mało luzu, a zbyt wiele dorosłej rozwagi. Bo nawet słowo „konstytucja”, choć wyszczekane w odpowiedzi na pyskówkę z kolegą w trakcie gry w piłkę, obróciło się przeciwko tobie i stało się hasłem przewodnim, tuż obok imienia i nazwiska wyczytywanego z dziennika każdego dnia przez nauczyciela. Wszystko traktowałaś dosłownie. Pozwalając by najmniejszy okruch słowa przemieniał się w ostry nóż zatapiany w sercu. Ale, no właśnie… Tylko tak, obrażając się w ten swój typowo wyniosły sposób, pokazywałaś swoje emocje, których przecież nie mogłaś nazwać. Bo nie potrafiłaś ich nawet zaklasyfikować, rozpoznać, poukładać. Bo nikt ciebie tego nie nauczył. Emocje? Przecież ty miałaś być posłuszna. Grzeczna. Ugodowa. Dobrze ucząca się. Pomocna. Więc w jak inny sposób mogłaś się bronić? Tylko właśnie w ten idiotyczny sposób - obrażając się na śmierć, i wiecznie żywiąc głupią nadzieją, że towarzystwo widząc ciebie, samo się domyśli, dostrzeże swój błąd, zrozumie jakie zadali cierpienie i ból, że przemyśli, pogada, przeprosi. Ale to nigdy nie następowało. Za to każda z takich akcji stawała się krowim dzwonkiem u twej szyi, na pamiątkę przyspawanym do ciała, który podczas każdego potrząsania głową, mógł tylko i wyłącznie rozśmieszać do łez. Choć ich dźwięk skrywał tak wiele niewykrzyczanych emocji - smutku, lęku, żalu, obawy, poczucia odtrącenia, zdrady.
Pierwsza miłość. Pamiętasz? Jasne, że pamiętasz. Siódma klasa i on, nowy chłopak. Przystojny blondyn o pięknych niebieskich oczach i zabójczym uśmiechu. Mieszkający w willi na osiedlu bogaczy i polityków w twoim rodzinnym mieście. I, o dziwo, zwracający uwagę już w pierwszym dniu września właśnie na ciebie. Królowę Lodu. Nie dowierzałaś swemu szczęściu. Nawet kiedy wyznał ci swoją miłość na karteczce papieru, przekazywaną z rąk do rąk, przez oceany ławek w klasie. Drżałaś z wrażenia, trzęsąc się w środku niczym galareta, bo jakimś cudem, z niezrozumiałych względów, z dodatkiem jakiejś kosmicznej energii, ktoś autentycznie pragnął ciebie bliżej poznać, dotykać i pewnie pierwszy raz w życiu pocałować. Ale ty, głupia, zamiast przyjąć zaproszenia na randkę , a jakże, na basen, dopraszałaś koleżankę z klasy, która od tej pory robiła wszystko, by ci tego przystojnego blondyna na dobre odbić. I kiedy dwa miesiące później zerwał z tobą, właśnie przez nią, jako pośredniczkę, wciąż nie dowierzałaś, nie dostrzegałaś tego, że przecież to ty sama wepchnęłaś ją do tego trójkątu, a to - grzech niezmazywalny. Będziesz za to już zawsze pamiętać jego oskarżenie - że byłaś prawdziwą Królową Lodu, niedostępną i nazbyt poważną, której nigdy nie zdołał pocałować.
Zawsze byłaś nad-wrażliwa. Przeżywająca mikroświat w makroskali. Rozdmuchiwałaś wszelkie drobnostki, totalne drobnice i zamieniałaś te uzbierane po drodze grosze na najsilniejsze paliwo dla dygoczącego ze strachu serca. Serca, które pompowało coraz więcej pieśni o opuszczeniu, zdradzie i zawodzie. I niczym samospełniająca się przepowiednia, kroczyłaś przez życie z tym ciężkim ładunkiem samozapalających się bomb i dziwiłaś, dlaczego wciąż jesteś sama. Dlaczego znowu ktoś cię porzucił. Dlaczego znowu ktoś cię prześladuje i sprawia ból przy każdym ruchu. Wiłaś się przez wiele długich lat pod naporem własnych myśli, wydedukowanych możliwości, wszelkich scenariuszy i powodów tych wszystkich ludzkich zdrad. Dla ciebie zawsze ludzie i wiążące cię z nimi relacje stawały się najważniejsze. Zawsze wszystkich i wszystko rozumiałaś, tłumaczyłaś, towarzyszyłaś, współodczuwałaś i trzymałaś się, jak tylko mogłaś, z dala od oceniania. Byłaś po wielokroć lojalna do bólu, nie raz dając po sobie jeździć jak po przysłowiowej, łysej kobyle, dając się wykorzystywać w tej swej naiwności i łatwowierności. Ale ten czas dobiegł końca. I choć ludzie nadal odchodzą, a we wnętrzu nadal przewala się wciąż to samo pytanie „dlaczego?”, to wolisz mimo wszystko ten swój poziom bezpiecznej samotności, zamiast niezrozumiałej dla ciebie polityki fałszu i dwulicowości.
niedziela, 26 kwietnia 2020
sobota, 18 kwietnia 2020
W kolejce po chleb
Pozamykani w domach, mieszkaniach, w czterech ścianach. Bo tak trzeba. Bo tego wymaga aktualna sytuacja. Bo… pandemia. A ta odciska coraz głębsze piętno. Zmienia życia milionów. Bez pytania, czy może, czy tak wypada, czy tak powinno było się stać. Po prostu - dzieje się. Zasuwa z prędkością światła i po okrążeniu planety, zawsze ma coś nowego w zanadrzu. Dlatego wylogowałaś się z wirtualu. I wreszcie jest ci z tym dobrze. Po co wiedzieć więcej? Niewiedza to błogosławieństwo.
Twój dzisiejszy, kwietniowy, sobotni, rozkoszny, wiosenny poranek, przeciąga się razem z tobą, niczym leniwy kot, powoli prostując kościste godziny wolności. Wolności od pracy. Wolności od służbowych rozmów. Wolności od firmowego laptopa. Telefonów. Krzyków. Kłótni. Tupania nogą. Wolności od ciągłego poczucia winy, że godząc setki ról jednocześnie, walcząc o to, by nie zwariować, i aby zawsze być w wiecznym pogotowiu, zwarta i gotowa na każde poświęcenie - nadal jest ciebie za mało, za słabo, za cicho. Bo każde przetarcie oczu, to upłynnianie kanciastych paprochów korporacji, w celu lepszego zrozumienia okodowanego świata wszelkich zależności, których wcześniej nie musiałaś znać. I nadal nie chcesz. A musisz.
Ale dziś jest sobota.
Oddychasz więc głęboko i idziesz po chleb.
Drzwi schodowej klatki zamykają się za tobą, a wiatr rozkosznie delikatny, ledwie smaga ukojoną w końcu twarz. Wśród dni tak podobnych do siebie, to sobota właśnie przejmuje władzę nad twoim jestestwem, stając się najczulszą boginią całego, mrocznego tygodnia. Temperatura zbyt wysoka jak na tę porę roku, ale w tej danej chwili, cieszy cię, że możesz w końcu zostawić w domu kurtkę i wyjść w samym swetrze. I w masce, rzecz jasna. Która poddusza.
Ale, sza, już, sza!
Bo przecież jest tu też słońce, które rozświetla wszystko swoim intensywnym blaskiem. Przykuwa uwagę do wysokich drzew nad twoją głową, które w drżeniu wyczekują nagłego wybuchu zielonych liści. Jeszcze nie tworzą zakrytych cieni, są wciąż na wpół przezroczyste i blade. I z jakichś magicznych chyba powodów, pomimo trwającej od tak dawna suszy, zbierają siły do kolejnego sezonu pełnego zielonych szelestów i szumów wiatru.
Stajesz w długiej kolejce do piekarni. Zaskakująco długiej nie tylko z powodu tych obowiązkowych dwumetrowych odległości, jakie mają dzielić ludzi od siebie. Ale przede wszystkim długiej z powodu aktywowanego w głowach wszystkich planu przetrwania. Jak za czasów, gdy stawało się w kolejce, choć nie wiadomo było za czym się stoi. Gdy każdy pokarm stawał się rządową racją żywnościową, wybijaną w państwowej drukarni na kartkach i przydzielanych per twarz, per rodzina, per miesiąc. A teraz, kiedy wprowadzono prawo bezprawia, ludzie zrozumieli chyba, że muszą znowu przystąpić do tej samej walki. Odstać swoje w kolejkach, biec z samego rana, zanim sklep otworzą, bo co jeśli zabraknie? Bo co jeśli zabiorą? Bo co jeśli nie oddadzą?
Ale kolejki to tylko jeden przejaw szaleństwa.
Czekając w słońcu, z telefonem i odpaloną dla zabicia nudów grą, dociera do ciebie coś jeszcze. Że przed pandemią wcale nie byliśmy jacyś super luzaccy jako naród. Wiele wysiłku kosztował nas zwykły uśmiech dla kasjerki w Biedronce, czy nieznajomego w tramwaju. Szukaliśmy za to podtekstu. Drugiego dna w bagiennym dnie narodowej traumy. Dostrzegaliśmy kpinę, pogardę, obrazę, zamiast radości, otwartości, czy zwykłej sympatii. Dziś zaś obowiązek zakładania maseczek, zabrał nam tę otwartą możliwość zmieniania siebie, zmiękczania tej zamkniętej wersji Europejczyka, łagodniejszego traktowania obcych spotykanych na ulicy, wysupływania radości tak po prostu, bez powodu. Te cholerne maseczki nałożyły na nas idealną zasłonę dymną. Wreszcie nie musimy się uśmiechać. Nie musimy się starać rozumieć. Nie musimy zmiękczać. Nie musimy szukać ani analizować mimiki innych, odróżniać ich od grymasów, czy zwykłego zmęczenia. W końcu możemy być dalej zamknięci w sobie, bardziej obcy, bardziej zapadnięci. Bardziej oddaleni. Bardziej niż te pieprzone dwa metry. I mijający siebie nawzajem szerokim łukiem, niczym zarazę.
Wreszcie twoja kolej. Podchodzisz do lady i dostrzegasz swoją ulubioną sprzedawczynię, zawsze uśmiechniętą blondynkę i budzącą same pozytywne emocje. Więc uśmiechasz się szeroko i szczerze, wypowiadając kierowane do niej „dzień dobry”. I wtedy dociera do ciebie, że ona nie wie. Nie widzi. Nie czuje. Twój uśmiech stał się właśnie niewidzialnym bytem. Zbyt słabym echem i przygłuszonym trzema warstwami maseczki akcentem. Widząc jej kamienną twarz, dziękujesz więc tylko jej za ten pachnący cudownie chleb i wracasz naprędce do swojej dwupokojowej izolatki, obchodząc szerokim łukiem obcego sąsiada.
Twój dzisiejszy, kwietniowy, sobotni, rozkoszny, wiosenny poranek, przeciąga się razem z tobą, niczym leniwy kot, powoli prostując kościste godziny wolności. Wolności od pracy. Wolności od służbowych rozmów. Wolności od firmowego laptopa. Telefonów. Krzyków. Kłótni. Tupania nogą. Wolności od ciągłego poczucia winy, że godząc setki ról jednocześnie, walcząc o to, by nie zwariować, i aby zawsze być w wiecznym pogotowiu, zwarta i gotowa na każde poświęcenie - nadal jest ciebie za mało, za słabo, za cicho. Bo każde przetarcie oczu, to upłynnianie kanciastych paprochów korporacji, w celu lepszego zrozumienia okodowanego świata wszelkich zależności, których wcześniej nie musiałaś znać. I nadal nie chcesz. A musisz.
Ale dziś jest sobota.
Oddychasz więc głęboko i idziesz po chleb.
Drzwi schodowej klatki zamykają się za tobą, a wiatr rozkosznie delikatny, ledwie smaga ukojoną w końcu twarz. Wśród dni tak podobnych do siebie, to sobota właśnie przejmuje władzę nad twoim jestestwem, stając się najczulszą boginią całego, mrocznego tygodnia. Temperatura zbyt wysoka jak na tę porę roku, ale w tej danej chwili, cieszy cię, że możesz w końcu zostawić w domu kurtkę i wyjść w samym swetrze. I w masce, rzecz jasna. Która poddusza.
Ale, sza, już, sza!
Bo przecież jest tu też słońce, które rozświetla wszystko swoim intensywnym blaskiem. Przykuwa uwagę do wysokich drzew nad twoją głową, które w drżeniu wyczekują nagłego wybuchu zielonych liści. Jeszcze nie tworzą zakrytych cieni, są wciąż na wpół przezroczyste i blade. I z jakichś magicznych chyba powodów, pomimo trwającej od tak dawna suszy, zbierają siły do kolejnego sezonu pełnego zielonych szelestów i szumów wiatru.
Stajesz w długiej kolejce do piekarni. Zaskakująco długiej nie tylko z powodu tych obowiązkowych dwumetrowych odległości, jakie mają dzielić ludzi od siebie. Ale przede wszystkim długiej z powodu aktywowanego w głowach wszystkich planu przetrwania. Jak za czasów, gdy stawało się w kolejce, choć nie wiadomo było za czym się stoi. Gdy każdy pokarm stawał się rządową racją żywnościową, wybijaną w państwowej drukarni na kartkach i przydzielanych per twarz, per rodzina, per miesiąc. A teraz, kiedy wprowadzono prawo bezprawia, ludzie zrozumieli chyba, że muszą znowu przystąpić do tej samej walki. Odstać swoje w kolejkach, biec z samego rana, zanim sklep otworzą, bo co jeśli zabraknie? Bo co jeśli zabiorą? Bo co jeśli nie oddadzą?
Ale kolejki to tylko jeden przejaw szaleństwa.
Czekając w słońcu, z telefonem i odpaloną dla zabicia nudów grą, dociera do ciebie coś jeszcze. Że przed pandemią wcale nie byliśmy jacyś super luzaccy jako naród. Wiele wysiłku kosztował nas zwykły uśmiech dla kasjerki w Biedronce, czy nieznajomego w tramwaju. Szukaliśmy za to podtekstu. Drugiego dna w bagiennym dnie narodowej traumy. Dostrzegaliśmy kpinę, pogardę, obrazę, zamiast radości, otwartości, czy zwykłej sympatii. Dziś zaś obowiązek zakładania maseczek, zabrał nam tę otwartą możliwość zmieniania siebie, zmiękczania tej zamkniętej wersji Europejczyka, łagodniejszego traktowania obcych spotykanych na ulicy, wysupływania radości tak po prostu, bez powodu. Te cholerne maseczki nałożyły na nas idealną zasłonę dymną. Wreszcie nie musimy się uśmiechać. Nie musimy się starać rozumieć. Nie musimy zmiękczać. Nie musimy szukać ani analizować mimiki innych, odróżniać ich od grymasów, czy zwykłego zmęczenia. W końcu możemy być dalej zamknięci w sobie, bardziej obcy, bardziej zapadnięci. Bardziej oddaleni. Bardziej niż te pieprzone dwa metry. I mijający siebie nawzajem szerokim łukiem, niczym zarazę.
Wreszcie twoja kolej. Podchodzisz do lady i dostrzegasz swoją ulubioną sprzedawczynię, zawsze uśmiechniętą blondynkę i budzącą same pozytywne emocje. Więc uśmiechasz się szeroko i szczerze, wypowiadając kierowane do niej „dzień dobry”. I wtedy dociera do ciebie, że ona nie wie. Nie widzi. Nie czuje. Twój uśmiech stał się właśnie niewidzialnym bytem. Zbyt słabym echem i przygłuszonym trzema warstwami maseczki akcentem. Widząc jej kamienną twarz, dziękujesz więc tylko jej za ten pachnący cudownie chleb i wracasz naprędce do swojej dwupokojowej izolatki, obchodząc szerokim łukiem obcego sąsiada.
niedziela, 12 kwietnia 2020
Pieprz i sól
Od dziesięciu minut trwasz w bezruchu otoczona łazienkową zielenią przed niewielkim lustrem i patrzysz na swoje odbicie, na siebie w całej okazałości, na mistrzynię krytyki własnej. Woda na twym bladym ciele dawno już wyschła, a ty z uważnością jogina analizujesz każdy jego centymetr, każdy jeden cień, zagłębienie, wypukłość, nieprawidłowość, skazę, skrawek normalności, każde światło i każdy cień. Bo to, co widzisz ty, widzi też i każdy inny. Bo w czasach zarazy nikt już nie nosi różowych okularów. Bo jesteś chodzącą wadą fabryczną, choć nie wszyscy o tym wiedzą. Ale wiesz o tym ty. I to wystarczy.
Szeleszcząca skóra twoich dłoni z roku na rok zyskuje coraz więcej wątrobowych plamek. Brrrr! Wzdrygasz się na samo brzmienie tej nazwy. Wątrobowe plamki! Jak opis sekcji zwłok starego alkoholika. Dlatego właśnie wolisz nazywać je piegami starości. Zatem - dłonie szeleszczą, a powierzchnia skóry pod światło przypomina ci bardziej skórę słonia, choć bez tej grubej szarości. Wiesz o tym doskonale, że pijesz za mało wody, a za dużo kawy i wieczornego wina. Co godzinę maskujesz więc swój wstyd grubą warstwą kremu nawilżającego. I przez krótką chwilę czujesz się znowu dobrze. Do następnego umycia rąk, trwającego nie krócej niż te dwadzieścia antywirusowych, antybakteryjnych, antypandemicznych sekund.
Siwe odrosty widniejące niczym znamię na czubku głowy, posypka soli i pieprzu na twych włosach, znacząco już przekracza społecznie dozwoloną i akceptowalną długość. A pamiętasz? Miałaś na to wszystko tak cudownie idealny plan. Fryzjera. Profesjonalne doradztwo. Krótką fryzurę - ale to akurat nic nowego, nie pierwsze byłoby to takie cięcie. Lecz najważniejszym punktem tego programu przemiany, miał być właśnie ten pseudosiwy kolor, łamiący dotychczasowe standardy pięknego, kasztanowego - pozostałości po twojej twojej młodości i gasnącego powoli, cichnącego gdzieś w dalekiej czasoprzestrzeni, seksapilu. Wiesz, że wyglądasz z tymi kudłami już z lekka niesmacznie, więc wiążesz je co rano, w jakiś niezdarny kok i uczysz się akceptacji natury. Choć z Matką Naturą niewiele ma ona wspólnego. To raczej niezdarność w rozdawaniu barw. Upragnionej bieli siwizny nie ma i nigdy nie będzie. Tylko ten pierdolony pieprz z domieszką soli. Bardziej przypominające druty, mniej miękkie, bardziej śmiertelne włosy.
Dociera do ciebie ciche tykanie zegara nad drzwiami łazienki. Tik-tak. Przeszłość minęła bezpowrotnie. Tik-tak. Idziesz więc do kuchni. Tik-tak. Wyciągasz kieliszek. Tik-tak. Otwierasz porto. Tik-tak. I nalewasz sobie do pełna, bo na trzeźwo nie dasz rady. Po czym wracasz do łazienki. Tik-tak. Po drodze wyciągasz z czarnej szafki nożyczki. Tik-tak. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Tik-tak. Długo mierzysz się z tą decyzją. Wahasz się. Przykładasz ostrza do wybranego miejsca tworzącego uwspólnioną, pogodzoną przestrzeń trzech barw - ognistej czekolady, mrożonego brązu i mieszanki pieprzu oraz soli. Tik-tak. Będzie ciekawie, czy też tragicznie?
A jakie to ma znaczenie, skoro siedzisz w niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu, od miesiąca trwając w ogólnonarodowej izolacji i tak szybko ludzi z pracy nie zobaczysz na własne oczy? Pandemia potrwa! Chaos także! Śmierć dopiero rozkłada swoje czarne skrzydła nad potłuczonym życiem milionów. Zatem, tak, masz pieprzone prawo do popełnienia tej zbrodni! Masz czas na odkupienie winy! Masz nożyczki! I masz te cholerne, smutne, byle jakie włosy rozyspane po ramionach!
Ostrze - ciach - ciach. Najpierw ostrożnie. Powolutku. Z rozwagą. Połowa za tobą. Aż w chwili zwątpienia sięgasz na skraj szklanej półki. Chłód kieliszka ostatecznie rozmraża odwagę. A łyk rozpalającego przełyk portugalskiego smoka, dodaje siły napędowej palcom. I po przymknięciu bladych powiek, nabierasz właściwego dla tej zbrodni przekonania, pewności, wiedzy. Ciach - ciach.
Po-za-mia-ta-ne!
Kiedy się w końcu zatrzymujesz, drzwi łazienki uchylają się powolutku, a do środka zagląda przerażona twarz twojej ślicznej, 7-letniej córki.
- Wolałam cię tamtą, mamo. Tamta była ładniejsza.
Szach- mat, zmiano!
Szeleszcząca skóra twoich dłoni z roku na rok zyskuje coraz więcej wątrobowych plamek. Brrrr! Wzdrygasz się na samo brzmienie tej nazwy. Wątrobowe plamki! Jak opis sekcji zwłok starego alkoholika. Dlatego właśnie wolisz nazywać je piegami starości. Zatem - dłonie szeleszczą, a powierzchnia skóry pod światło przypomina ci bardziej skórę słonia, choć bez tej grubej szarości. Wiesz o tym doskonale, że pijesz za mało wody, a za dużo kawy i wieczornego wina. Co godzinę maskujesz więc swój wstyd grubą warstwą kremu nawilżającego. I przez krótką chwilę czujesz się znowu dobrze. Do następnego umycia rąk, trwającego nie krócej niż te dwadzieścia antywirusowych, antybakteryjnych, antypandemicznych sekund.
Siwe odrosty widniejące niczym znamię na czubku głowy, posypka soli i pieprzu na twych włosach, znacząco już przekracza społecznie dozwoloną i akceptowalną długość. A pamiętasz? Miałaś na to wszystko tak cudownie idealny plan. Fryzjera. Profesjonalne doradztwo. Krótką fryzurę - ale to akurat nic nowego, nie pierwsze byłoby to takie cięcie. Lecz najważniejszym punktem tego programu przemiany, miał być właśnie ten pseudosiwy kolor, łamiący dotychczasowe standardy pięknego, kasztanowego - pozostałości po twojej twojej młodości i gasnącego powoli, cichnącego gdzieś w dalekiej czasoprzestrzeni, seksapilu. Wiesz, że wyglądasz z tymi kudłami już z lekka niesmacznie, więc wiążesz je co rano, w jakiś niezdarny kok i uczysz się akceptacji natury. Choć z Matką Naturą niewiele ma ona wspólnego. To raczej niezdarność w rozdawaniu barw. Upragnionej bieli siwizny nie ma i nigdy nie będzie. Tylko ten pierdolony pieprz z domieszką soli. Bardziej przypominające druty, mniej miękkie, bardziej śmiertelne włosy.
Dociera do ciebie ciche tykanie zegara nad drzwiami łazienki. Tik-tak. Przeszłość minęła bezpowrotnie. Tik-tak. Idziesz więc do kuchni. Tik-tak. Wyciągasz kieliszek. Tik-tak. Otwierasz porto. Tik-tak. I nalewasz sobie do pełna, bo na trzeźwo nie dasz rady. Po czym wracasz do łazienki. Tik-tak. Po drodze wyciągasz z czarnej szafki nożyczki. Tik-tak. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Tik-tak. Długo mierzysz się z tą decyzją. Wahasz się. Przykładasz ostrza do wybranego miejsca tworzącego uwspólnioną, pogodzoną przestrzeń trzech barw - ognistej czekolady, mrożonego brązu i mieszanki pieprzu oraz soli. Tik-tak. Będzie ciekawie, czy też tragicznie?
A jakie to ma znaczenie, skoro siedzisz w niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu, od miesiąca trwając w ogólnonarodowej izolacji i tak szybko ludzi z pracy nie zobaczysz na własne oczy? Pandemia potrwa! Chaos także! Śmierć dopiero rozkłada swoje czarne skrzydła nad potłuczonym życiem milionów. Zatem, tak, masz pieprzone prawo do popełnienia tej zbrodni! Masz czas na odkupienie winy! Masz nożyczki! I masz te cholerne, smutne, byle jakie włosy rozyspane po ramionach!
Ostrze - ciach - ciach. Najpierw ostrożnie. Powolutku. Z rozwagą. Połowa za tobą. Aż w chwili zwątpienia sięgasz na skraj szklanej półki. Chłód kieliszka ostatecznie rozmraża odwagę. A łyk rozpalającego przełyk portugalskiego smoka, dodaje siły napędowej palcom. I po przymknięciu bladych powiek, nabierasz właściwego dla tej zbrodni przekonania, pewności, wiedzy. Ciach - ciach.
Po-za-mia-ta-ne!
Kiedy się w końcu zatrzymujesz, drzwi łazienki uchylają się powolutku, a do środka zagląda przerażona twarz twojej ślicznej, 7-letniej córki.
- Wolałam cię tamtą, mamo. Tamta była ładniejsza.
Szach- mat, zmiano!
sobota, 4 kwietnia 2020
Smoła
Pełzniesz jednostajnie przez świat, przez męczący korowód szaleńczo podobnych do siebie dni. Niby dłużej śpisz. Niby nie tracisz dziennie dwóch godzin na dojazd do i z pracy. Ale zmęczenie i tak samo anonsuje się cieleśnie, gromadnie osiadając we wszystkich komórkach twojego ciała. Przymykasz oczy i zaklinasz w myślach wszystko dookoła. Po czym pełzniesz dalej. Byle do wieczora. Do chwili, w której wreszcie zamkniesz firmowego laptopa i odgrodzisz siebie od nie-siebie.
Książki. Seriale. Dobre filmy. To, czego zawsze było tak dużo, tak intensywnie i tak wielobarwnie - dziś wymarznięte, wybrakowane i wykończone - stoi w kącie pokoju, na karnym jeżyku, smutkiem zalewając podłogę. Wykończone smutkiem są także ściany, które echem odbijają najnowsze śmiertelne doniesienia wirusowej pandemii.
Wszystko uległo zmianom. Sposób robienia zakupów, gdzie albo decydujesz się na długie stanie w kolejce przed sklepem, albo wybierasz zakupy online z niepewną dostawą do domu. Zakazami wstępu i spacerowania wybrukowano wszystkie lasy, parki, chodniki, ulice. Zaś praca zdalna przestała być luksusowym wyborem, a stała się koniecznym obowiązkiem. Siedzisz więc całymi dniami w czterech ścianach z pracą przy stole jadalnym, dziećmi na kolanach i ich szkolnymi pracami tuż obok. A lista wykonywanych przez ciebie zawodów wydłuża się namiętnie. Żona, matka, kochanka, psychoterapeutka, przyjaciółka, księgowa, pielęgniarka, sprzątaczka, kucharka, detektyw, strateg, logistyk, kierowca, obserwator, komentator, pedagog, wychowawca, nauczyciel.
Każdego dnia frustracja zagęszcza ci krew w żyłach. Chodzisz coraz bardziej opuchnięta strachem. Zataczasz się po pokojach pijana oparami ciasnego domostwa. Aż finalnie wybuchasz płaczem po rozkosznym seksie, bo właśnie do twojej rozedrganej świadomości dotarła prawdziwa groza i widmo samotnej oraz bolesnej śmierci. W głowie wybrzmiewa już tylko jej głos. Jej opowieść mająca być przestrogą dla młodych. Lecz dla ciebie jest już hymnem, którego refren będziesz odtwarzać setki milionów razy w ciągu doby.
- Nie mogliśmy go nawet potrzymać za rękę. Ani przytulić. Pocieszyć. Czy pożegnać się z nim. - opowiada w telewizyjnym reportażu siostra zmarłego 30 parolatka. Zdrowego, pełnego sił i energii życiowej. Ciach - trach. COVID-19. Szach - mat.
- On umierał tam w samotności. A my nie mogliśmy nic. Nic! A kiedy było po wszystkim, dostaliśmy do rąk tylko jego prochy.
Stoisz więc na balkonie i próbujesz być Tu-I-Teraz. Bierzesz głębszy oddech, ale momentalnie czujesz już tylko smród palonych przez twoich sąsiadów papierosów. Z jednej strony rozumiesz potrzeby palaczy (bo sama niegdyś byłaś jednym z nich), a z drugiej nienawidzisz tego lepkiego smrodu, przyklejającego się do firan, zasłon, pościeli, ubrań i włosów. Zamykasz więc oczy, by zapanować nad falą gniewu. Doświadczasz chłodu kamiennych płytek i zimnego wiatru od zachodu. Chaos myśli destabilizuje twój emocjonalny niegdyś potencjał. Chciałabyś przestać czuć się tak beznadziejnie, jak patyk wetknięty w środek gęstej, zastygłej smoły. Chciałabyś w końcu odnaleźć w sobie na nowo ten cholerny przycisk „power”, by jednym ruchem dłoni odegnać precz wszelką skrajność, lękotwórczość, wszelką niemoc. Lecz zamiast tego tkwisz w czerni własnych myśli i wciąż skubiesz palce.
Książki. Seriale. Dobre filmy. To, czego zawsze było tak dużo, tak intensywnie i tak wielobarwnie - dziś wymarznięte, wybrakowane i wykończone - stoi w kącie pokoju, na karnym jeżyku, smutkiem zalewając podłogę. Wykończone smutkiem są także ściany, które echem odbijają najnowsze śmiertelne doniesienia wirusowej pandemii.
Wszystko uległo zmianom. Sposób robienia zakupów, gdzie albo decydujesz się na długie stanie w kolejce przed sklepem, albo wybierasz zakupy online z niepewną dostawą do domu. Zakazami wstępu i spacerowania wybrukowano wszystkie lasy, parki, chodniki, ulice. Zaś praca zdalna przestała być luksusowym wyborem, a stała się koniecznym obowiązkiem. Siedzisz więc całymi dniami w czterech ścianach z pracą przy stole jadalnym, dziećmi na kolanach i ich szkolnymi pracami tuż obok. A lista wykonywanych przez ciebie zawodów wydłuża się namiętnie. Żona, matka, kochanka, psychoterapeutka, przyjaciółka, księgowa, pielęgniarka, sprzątaczka, kucharka, detektyw, strateg, logistyk, kierowca, obserwator, komentator, pedagog, wychowawca, nauczyciel.
Każdego dnia frustracja zagęszcza ci krew w żyłach. Chodzisz coraz bardziej opuchnięta strachem. Zataczasz się po pokojach pijana oparami ciasnego domostwa. Aż finalnie wybuchasz płaczem po rozkosznym seksie, bo właśnie do twojej rozedrganej świadomości dotarła prawdziwa groza i widmo samotnej oraz bolesnej śmierci. W głowie wybrzmiewa już tylko jej głos. Jej opowieść mająca być przestrogą dla młodych. Lecz dla ciebie jest już hymnem, którego refren będziesz odtwarzać setki milionów razy w ciągu doby.
- Nie mogliśmy go nawet potrzymać za rękę. Ani przytulić. Pocieszyć. Czy pożegnać się z nim. - opowiada w telewizyjnym reportażu siostra zmarłego 30 parolatka. Zdrowego, pełnego sił i energii życiowej. Ciach - trach. COVID-19. Szach - mat.
- On umierał tam w samotności. A my nie mogliśmy nic. Nic! A kiedy było po wszystkim, dostaliśmy do rąk tylko jego prochy.
Stoisz więc na balkonie i próbujesz być Tu-I-Teraz. Bierzesz głębszy oddech, ale momentalnie czujesz już tylko smród palonych przez twoich sąsiadów papierosów. Z jednej strony rozumiesz potrzeby palaczy (bo sama niegdyś byłaś jednym z nich), a z drugiej nienawidzisz tego lepkiego smrodu, przyklejającego się do firan, zasłon, pościeli, ubrań i włosów. Zamykasz więc oczy, by zapanować nad falą gniewu. Doświadczasz chłodu kamiennych płytek i zimnego wiatru od zachodu. Chaos myśli destabilizuje twój emocjonalny niegdyś potencjał. Chciałabyś przestać czuć się tak beznadziejnie, jak patyk wetknięty w środek gęstej, zastygłej smoły. Chciałabyś w końcu odnaleźć w sobie na nowo ten cholerny przycisk „power”, by jednym ruchem dłoni odegnać precz wszelką skrajność, lękotwórczość, wszelką niemoc. Lecz zamiast tego tkwisz w czerni własnych myśli i wciąż skubiesz palce.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)