środa, 19 sierpnia 2020

Bieszczadzkie sny o wolności

Szemrząca rzeka i małe kaskady wodospadu. Szum liści na wietrze i nigdy nie kończący się koncert wszelkich owadów szurających swoimi odnóżami w takt cichych walców dla partnerek życia. Sunące po nieboskłonie białe puchy chmur, świdrujące wzrokiem ptactwo, w szczególności kruki i jastrzębie. Krraaa! Kraaa! Kto by pomyślał, że tak bardzo pokochasz ten dźwięk? Prostowanie wszelkich zakrętów w głowie. Wszystkie zakamarki albo przewietrzone, albo puszczone w wieczne zapomnienie na wiatr lekki i ciepły. Niepamięć (och, tak!) i rozkosz wolności rozlewała się każdego dnia po twoim ciele, gdzieś w bieszczadzkiej wsi, gdzieś pośród pagórków, łąk, strumieni i lasów.

Ok, nie byliście tam sami. Było 12 rodzin z popierdolonymi matkami chlejącymi wino od rana do wieczora, histerycznymi tatusiami udającymi, że nie widzą, jak ich bachory niszczą mienie, z korpoludkami oderwanymi od rzeczywistości, mającymi za nic kulturę, dobre wychowanie, łagodność. Wciąż tylko „należy mi się!”. Dzieci wrzeszczące i wzmacniające potencjał agresywnych myśli. Yhhh.. Ale kiedy tylko te wszystkie rodziny wsiadały w swoje lśniące SUV-y i inne leasingowe cacka na czterech kółkach i jechały na całodniowe wycieczki - w tej cudnej zagrodzie zapadała wreszcie błoga cisza. Cisza krusząca wszelkie jestestwa, świadomości, cielesności. Zdmuchująca z powierzchni poplątane myśli, wyżłobione przez lata problemy, ociekające krwią i gęstą wydzieliną wymiocin. Wszystko odpływało, odfruwało w niebyt, niepamięć, nierzeczywiste nie-istnienie.

Dawno już tak się nie czułaś. Rozbrojona z tego, co świat siłą ponakładał ci ciasno na ciało. Oddychałaś pełną piersią, czując mikroskopijne nanocząsteczki światła, które rozświetlały wszystkie ciemne piwnicze myśli. Znikało zło tego świata. Pandemia. Szaleństwo projektów. Timeout’y. Loginy i hasła. Wszystkie logi, struktury kodowe, łączniki i usługi. Zasięgu też nie było. I dobrze. Istniało bowiem inne życie. Poza zdrętwiałą, skostniałą konstrukcją cywilizacji XXI wieku. Słońce miało swój zapach i smak na twojej skórze, który mogłabyś lizać i całować całymi dniami. Siwe włosy były twoim przesłaniem, tak cholernie spójnym z oddechem ziemi, której intensywny ton rozgaszczał się przymilnie podczas letniego deszczu.

Lecz dwa tygodnie szybko dobiegły końca. Opalona i jednocześnie pogubiona siedzisz trzeci dzień przed komputerem i zastanawiasz: co-do-kurwy-nędzy-masz-robić-i-jak-do-cholery?!? Nie wiesz tego. Dzień płynie, a ty razem z nim. Rozprostowane zawijasy w mózgu, nie chcą wracać na swoje miejsca. Ktoś dzwoni, gonią terminy, szybko, szybko, szybciej! A ty nie dowierzasz. Jak tak w ogóle można? Czy ktoś wylogował cię po całości? Wyczyścił pamięć do zera? Rok temu więcej pamiętałaś, jakbyś ledwo po weekendzie wracała do pracy. Fakt, wtedy nie wyjechałaś z miasta. Miastowy urlop zawsze jest do bani. Tymczasem teraz z olbrzymim trudem zmuszasz się do patrzenia w niebieski ekran monitora. Próbujesz wyskrobać z notatek, maili, zeszytów resztki dojrzałej korpo-postawy. Musisz-być-szybka-i-sprawna! Ale JUŻ!

Próbujesz więc zwinąć to, co nadal rozprostowane.
I czekasz, bo może ktoś też tak ma i wspólnie ci w tej gimnastyce potowarzyszy?

niedziela, 7 czerwca 2020

Deszcze niespokojne

Deszcz. Słońce. Wiatr. Deszcz. Słońce. Wiatr. I tak w kółko. Przyjemnie. Czasem chłodno. Czasem gorąco. Każdy dzień, czy noc, którą zapełnia deszcz, upaja cię i spowija myśli spokojem. Widmo tegorocznej suszy i katastrofy ekologicznej znika z widoku i tymczasowości chwili. Oddychasz głębiej.

Tymczasem pandemia nie spowolniła swojego marszobiegu. Bynajmniej nie spłaszczyła krzywizn na medycznych wykresach. Ale rząd tego kraju rozpoczął już etap rozmrażania tego, co musiało zostać powstrzymane w lodowej paszczy kryzysu. Ludzie powoli więc dźwigają się z kolan. Jedni przy tym rozpaczają. Inni trwają w histerycznym otępieniu. Jeszcze inni wymachują kijami i grożą rewolucją. Reszta kombinuje. Przebranżawia się. Szuka luk i wyłomów w rzece bezlitosnego systemu. Wszyscy bowiem musimy walczyć, trwać i żyć. Dla siebie i dla innych. Lecz czy ktokolwiek powiedział, że to będzie łatwe?

Na ulice powróciła ułuda normalności. Dzieci znowu biegają w grupkach po osiedlowych uliczkach i ganiają na hulajnogach, czy rolkach. Młodzież spotyka się na boiskach i rozświetla swoje młode twarze czerwonym blaskiem palonych na znak buntu papierosów. Szkoły nie ma, jest niby obowiązek nauki zdalnej, ale co tam. I tak koniec roku za pasem, więc niech żyją wakacje przed wakacjami. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dorośli też dokazują do woli - bez przymusu zasłaniania ust maseczkami, spotykają się co rusz na grillach, zaległych urodzinach, odłożonych imprezach. Jakby to, co trzymało nas przez ubiegły kwartał, było tylko złym snem. Czy wypalonym do cna stosem nieprawdy. Toną absurdalnej antyutopii wymyślonej na poczet kolejnych teorii spiskowych.

Ale ty czujesz podskórnie, że za kilka tygodni, najpóźniej jesienią, doświadczą wszyscy zmasowanego nawrotu tego piekła. I będzie jeszcze gorzej niż jest dziś. Będziemy jeszcze twardo zgrzytać zębami, krusząc swój upór i optymizm na potwornych wieściach, wykresach i statystykach, wyrywających trzewia optymizmu z żywego ciała. Ty wiesz, że to jeszcze nie jest ten czas zabawy i poluźniania krawatów. Obserwujesz więc wszystko z chłodnego dystansu. Z niedowierzaniem potrząsasz krótkimi, coraz bardziej siwiejącymi włosami i nadal chronisz najbliższych.

Zaś twój brak łączności z wirtualnym światem znajomych okazał się globalnym i idealnym rozwiązaniem większości rozdygotanych myśli, puchnących od strachu, nierównowagi, lękotwórczego zaczesywania gniewu pod skórę, czy kotwiczenia i tak niskiej już samooceny. Wyzwoliłaś się nieco z uprzęży opinii innych, zabiegania o akceptację całej reszty świata i skoncentrowałaś na swoim mini świecie. Są znowu książki. Odpoczynek. Więcej świadomych myśli, mniej automatycznych czynności. Wspólny z rodziną czas. I dystans jakiego potrzebowałaś, by płynąć pod prąd - jak zawsze chciałaś. Bo nigdy nie byłaś jak wszyscy. Jak większość. Jak inni. I naprawdę jest ci z tym wszystkim dobrze. Przynajmniej w skali swojego mikroświata. Lecz poza jego granice starasz się nawet nie wynurzać, nie wychylać głowy, nie trzepotać rzęsami, by powietrze rozedrgane nie uruchomiło niepotrzebnych lęków od początku. Niech tam sobie śpią. Niech poczekają do wtorku. Do mammografii. Ona ostatecznie rozwiąże supły zmartwienia numer jeden w tle zielonych oczu.

sobota, 23 maja 2020

Z dymem ku niebu

Uchylasz okno, ściskając metalową, białą klamkę i w jednej chwili, cudownie przyjemny, orzeźwiający chłód wciska się pomiędzy ramę okna, a firanki. Wpada do środka i owiewa cały biały pokój temperaturą, za którą tęskniłaś od dawna. W tym chłodzie bowiem zainstalowana jest najcudowniejsza substancja - woda. Na dworze w końcu mokro i ciemnawo. Liście na drzewach błyszczą szczęściem niczym młodzież szykująca się na pierwszą prywatkę. A zapach ziemi wraz z jej wewnętrznym, intymnym i intensywnym składnikiem życia wwierca się w twoje nozdrza.

Dziś krople deszczu harmonizują twoje ciało w głębokim relaksie, jakiego dawno już nie doświadczałaś. Gdzieś tam, daleko, w odległych krainach współczesnych mediów, Internetu, Facebooka, wirtualnych gazet, wydawnictw, radiostacji, czy stacji telewizyjnych - pandemia śmiertelnego wirusa wciąż szaleje, nie spłaszcza krzywej, zgniata gospodarki, rujnuje ludzi i ich firmy, dewastuje umysły, psychikę i zdrowie. Gdzieś tam daleko jest świat pełen okrucieństwa. Ale twój własny - w wersji mikro - ma swoje własne cztery kąty. Dach nad głową. Jedzenie w lodówce. Pieniądze na koncie. Zdrowie. I dwójkę dzieci, które pomimo swoich dziecięcych wad, wylewają pokłady empatii i wrażliwości pod twoje stopy, otulając cię ciepłą kołdrą, gdy zasypiasz. To także mąż czule całujący cię w czoło i szykujący posiłek, którego nie możesz sama przygotować, bo natłok prac, bo projekty, bo terminy, bo wyniki finansowe, bo komputera wyłączyć się nie da. To także dwa mruczące koty. Czy półki pełne książek. Zapach kawy. Chleba. Czy świeżo upieczonego ciasta.

Deszcz. Wilgoć. Ciemność. Chwila wytchnienia. Od palącego słońca i suchej ziemi, wzbijającej tumany kurzu i pyłu. Od żaru wciskającego się do domu, pomimo zamkniętych okien. I od tygodnia układania własnych emocji wzburzonych po raz kolejny na szarym korytarzu, w oczekiwaniu na wezwanie lekarza, najpierw gorzko komentującego twoją obecność wieczorną porą, a potem zapraszającego do ciemnego pomieszczenia. W krótkich, żołnierskich słowach, opowiedziałaś mu o tym, kiedy i co odkryłaś. A on poprosił o nagość do połowy. I położenie się na papierowym prześcieradle.

Zimny żel i głowica ślizgająca się po intymnych miejscach. Twój wzrok zatrzymał się jak zwykle na suficie. Odnalazłaś swój bezpieczny punkt podparcia. Czujnik dymu, puszczający swoje czerwone oczko do ciebie co kilkanaście sekund. Nie liczyłaś ile razy zabłysnął. Próbowałaś nie myśleć. Tylko jak nie analizować ile razy i pod jakim kątem głowica ucisnęła twoje piersi? Góra. Dół. Bok. Znowu szczyt. I powrót. Lewo. Prawo. Góra. Dół. I znowu to samo. Przeniosłaś swój wzrok na biały klimatyzator z zaprogramowanymi dwudziestoma jednymi stopniami Celsjusza. Przyjemny chłód chwilę później powodował ciarki. Czy on widzi, że jest ci zimno, czy napędza może myśli o podniecie?

Prawa pierś oblegana była szczególnie intensywnie. Zbyt długo. Zbyt dokładnie. Zbyt mocno. I zbyt intensywnie. A potem żołnierski skrót: proszę się wytrzeć - proszę się ubrać - proszę posłuchać. "Usg niczego nie wykryło, lecz ta bruzda jest bardzo niepokojąca, gdyż jest typowym objawem rozwijającego się nowotworu. Proszę uzupełnić badanie o mammografię."

Ulica przed przychodnią tego dnia była pusta. Niewiele osób w maseczkach kręciło się wokół, zmierzając zapewne do swoich domów. Wyciągnęłaś z torebki paczkę papierosów, które niepotrzebnie kupiłaś podczas ataku wielkiego gniewu kilka tygodni temu. Papieros sycił i zasysał emocje do środka. Tłumił i uśmiercał. A potem wraz z jego niebieskoszarym dymem ulatywał ku niebu. Potrzebowałaś tej natychmiastowej ciszy w emocjonalnym szale.

Mijały dni. Kolejny lekarz. Kolejna opinia. Rozmowa z innym Wojownikiem Światła. I nagle to samoistnie zadziałało, zaskoczyło. Cisza w głowie. Myślach. Sercu. Umyśle. Głębi. Brak echa, do którego nie potrzebowałaś się odwoływać. Po prostu cudowna cisza.

Poczekaj aż wydadzą ostateczną diagnozę.
A póki co - po prostu żyj.

niedziela, 17 maja 2020

Zassana

Budzisz się i przeciągasz. Rozkosznie leniwie. Wysilasz wzrok i kierujesz go ku czarnym półkom z książkami, lecz bez okularów nie dojrzysz niczego prócz kształtu, koloru, zarysu kantów i gładkości kuli. Sięgasz więc po telefon z pobliskiej, nocnej szafki i analizujesz kosmiczny bezmiar czasu. Jest ósma z drobnym hakiem. W sam raz na leniwe rendez-vous z ciepłą pościelą. Głęboki wdech. Szelest pośród ciszy śpiących jeszcze niedobitków weekendu. Śpiewy ptaków z pobliskiego lasu. Szum jaskrawozielonych liści witających radośnie ten swój nowy i ostatni zarazem rok życia. Promienie słońca wydobywające się z wielkim trudem spomiędzy ołowianych, ciężkich i nabrzmiałych pragnieniem deszczu chmur. I długi wydech.

Dopiero po chwili dociera do ciebie właściwa kolejność kalendarzowego kafelka. Ta przeklęta nazwa. Definicja i pojęcie. Dzień tygodnia. Czyli pieprzona i znienawidzona do cna niedziela. Ani to święto, ani wolne. Wiecznie nabzdyczona. Sztuczna. Chorobliwie i zazdrośnie strzegąca swojej urojonej świętości. „Nie wolno sprzątać!”, „Kto znowu wierci?!”, „Jak śmie odkurzać?!”. To tak, jakby miała tylko jeden prawidłowy przepis na istnienie: dzień dobry - śniadanie - msza w kościele - spacer - obiad - rodzina przy stole lub naprzeciw telewizora - dobry wieczór - dobranoc. Serio? Naprawdę? Czy tylko tak?

Niemal każda niedziela najeżona jest ze wszech miar wszystkimi detalami nadciągającego tygodnia. Pracą. Szkołą. Spotkaniami. Pilnymi zleceniami. Egzaminami. Niezapowiedzianymi kartkówkami. Sprawdzianami. Kłótniami wiszącymi w powietrzu, bo gdzieś po drodze komuś zabrakło odwagi lub empatii. Rozmowami, które może coś rozwiążą, a może jeszcze bardziej skomplikują. Pilnymi terminami, które znowu będziesz ścigać, gonić do upadłego. Nowymi rzeczami, które będziesz musiała poznać. Zrozumieć. I zaakceptować.

Wraz z tą mocą świadomości, miękka otulina kołdry, traci swoją moc dawania rozkoszy ciału. Robi się pod nią gorąco i niewygodnie. Drażniąco ciasno. Odrzucasz więc pościel i pionujesz ciało. Twoje serce z automatu pompuje coraz szybciej hektolitry stresu, lęku i obaw. Znowu ten ostatni dzień tygodnia, przemienia się w karykaturalną wersję dnia wolnego. Owszem. Pewnie i zapełni ją wspólne z dziećmi przytulanie, jakieś łaskotki, miły spacer po pachnącym wiosną lesie, obiad przy wspólnym stole, bez telefonów, czy telewizji. Ale i tak, raz po raz, uderzy w ciebie najeżona kolcami kaskada myśli z przyszłości. Otumani. Zawojuje. Zagarnie do środka. Zassie.

Tak jak twoją prawą pierś, od której od kilku minut nie możesz oderwać oczu. Lustrzane odbicie nie ma litości. Empatii. Współczucia. Nie potrafi kłamać. Ofiarować choćby ociupinę oszustwa dla dobra ogólnego. Nie. Nie ma takiej opcji. Lustro zawsze pokaże wszystko, jak jest. A jest źle. Czujesz to podskórnie. Tak jak tylko skóra może czuć asymetrię i stan zassania do jakiegoś potwora. Myśli pączkują ku niebezpiecznym przestrzeniom dobrze ci już znanej wyspy najciemniejszych scenariuszy życiowych. Tam tylko i wyłącznie dominują wypadki, śmiertelne choroby, nagłe odejścia, pogrzeby, rozpacz, łzy i ciemność. Strzepujesz je pospiesznie z rzęs. Nie wolno ci tam przebywać. Nie w tej chwili. Nie.

Kręcisz się i wyginasz. Prężysz i obracasz ciało wokół własnej osi. Ale zassana pierś ani drgnie, ani chce powrócić na swoje miejsce. Ledwo muśnięta anomalią, wychwycona wzrokowo, a już zdradza niepokojący objaw. Skąd się wzięła ta przeklęta asymetria? Skąd ta głębia wciągnięta do środka? Jak? Dlaczego? I dlaczego teraz?

Strach znowu pełznie ku sercu. Wspina się po chłodnych stopach, łydkach i udach. Zagarnia miękki brzuch do środka i napina wszystkie mięśnie, przyklejając je do kręgosłupa. Boli każde bicie serca. Musisz więc naprędce zasłonić widok. Ubierasz czarny stanik. Koszulkę. Bluzę z kapturem. I uśmiech. Oraz ciężką tajemnicę.

niedziela, 26 kwietnia 2020

Obrażona na śmierć

Obrażalska. Pamiętasz? Jasne, że pamiętasz. Szkoła podstawowa i to cholerne przekleństwo, łatka przyklejona na samym środku twojej bladej twarzy, gdzieś pomiędzy piegami, a zielonymi oczami. Ileż sprzecznych emocji kotłuje się w tobie, kiedy wspominasz te osiem szkolnych lat. Z jednej strony silne, emocjonalne więzi z ludźmi, z drugiej świadomość bycia nieustannym pośmiewiskiem. Bo brałaś wszystko do siebie tak cholernie poważnie. Bo miałaś w sobie zbyt mało luzu, a zbyt wiele dorosłej rozwagi. Bo nawet słowo „konstytucja”, choć wyszczekane w odpowiedzi na pyskówkę z kolegą w trakcie gry w piłkę, obróciło się przeciwko tobie i stało się hasłem przewodnim, tuż obok imienia i nazwiska wyczytywanego z dziennika każdego dnia przez nauczyciela. Wszystko traktowałaś dosłownie. Pozwalając by najmniejszy okruch słowa przemieniał się w ostry nóż zatapiany w sercu. Ale, no właśnie… Tylko tak, obrażając się w ten swój typowo wyniosły sposób, pokazywałaś swoje emocje, których przecież nie mogłaś nazwać. Bo nie potrafiłaś ich nawet zaklasyfikować, rozpoznać, poukładać. Bo nikt ciebie tego nie nauczył. Emocje? Przecież ty miałaś być posłuszna. Grzeczna. Ugodowa. Dobrze ucząca się. Pomocna. Więc w jak inny sposób mogłaś się bronić? Tylko właśnie w ten idiotyczny sposób - obrażając się na śmierć, i wiecznie żywiąc głupią nadzieją, że towarzystwo widząc ciebie, samo się domyśli, dostrzeże swój błąd, zrozumie jakie zadali cierpienie i ból, że przemyśli, pogada, przeprosi. Ale to nigdy nie następowało. Za to każda z takich akcji stawała się krowim dzwonkiem u twej szyi, na pamiątkę przyspawanym do ciała, który podczas każdego potrząsania głową, mógł tylko i wyłącznie rozśmieszać do łez. Choć ich dźwięk skrywał tak wiele niewykrzyczanych emocji - smutku, lęku, żalu, obawy, poczucia odtrącenia, zdrady.

Pierwsza miłość. Pamiętasz? Jasne, że pamiętasz. Siódma klasa i on, nowy chłopak. Przystojny blondyn o pięknych niebieskich oczach i zabójczym uśmiechu. Mieszkający w willi na osiedlu bogaczy i polityków w twoim rodzinnym mieście. I, o dziwo, zwracający uwagę już w pierwszym dniu września właśnie na ciebie. Królowę Lodu. Nie dowierzałaś swemu szczęściu. Nawet kiedy wyznał ci swoją miłość na karteczce papieru, przekazywaną z rąk do rąk, przez oceany ławek w klasie. Drżałaś z wrażenia, trzęsąc się w środku niczym galareta, bo jakimś cudem, z niezrozumiałych względów, z dodatkiem jakiejś kosmicznej energii, ktoś autentycznie pragnął ciebie bliżej poznać, dotykać i pewnie pierwszy raz w życiu pocałować. Ale ty, głupia, zamiast przyjąć zaproszenia na randkę , a jakże, na basen, dopraszałaś koleżankę z klasy, która od tej pory robiła wszystko, by ci tego przystojnego blondyna na dobre odbić. I kiedy dwa miesiące później zerwał z tobą, właśnie przez nią, jako pośredniczkę, wciąż nie dowierzałaś, nie dostrzegałaś tego, że przecież to ty sama wepchnęłaś ją do tego trójkątu, a to - grzech niezmazywalny. Będziesz za to już zawsze pamiętać jego oskarżenie - że byłaś prawdziwą Królową Lodu, niedostępną i nazbyt poważną, której nigdy nie zdołał pocałować.

Zawsze byłaś nad-wrażliwa. Przeżywająca mikroświat w makroskali. Rozdmuchiwałaś wszelkie drobnostki, totalne drobnice i zamieniałaś te uzbierane po drodze grosze na najsilniejsze paliwo dla dygoczącego ze strachu serca. Serca, które pompowało coraz więcej pieśni o opuszczeniu, zdradzie i zawodzie. I niczym samospełniająca się przepowiednia, kroczyłaś przez życie z tym ciężkim ładunkiem samozapalających się bomb i dziwiłaś, dlaczego wciąż jesteś sama. Dlaczego znowu ktoś cię porzucił. Dlaczego znowu ktoś cię prześladuje i sprawia ból przy każdym ruchu. Wiłaś się przez wiele długich lat pod naporem własnych myśli, wydedukowanych możliwości, wszelkich scenariuszy i powodów tych wszystkich ludzkich zdrad. Dla ciebie zawsze ludzie i wiążące cię z nimi relacje stawały się najważniejsze. Zawsze wszystkich i wszystko rozumiałaś, tłumaczyłaś, towarzyszyłaś, współodczuwałaś i trzymałaś się, jak tylko mogłaś, z dala od oceniania. Byłaś po wielokroć lojalna do bólu, nie raz dając po sobie jeździć jak po przysłowiowej, łysej kobyle, dając się wykorzystywać w tej swej naiwności i łatwowierności. Ale ten czas dobiegł końca. I choć ludzie nadal odchodzą, a we wnętrzu nadal przewala się wciąż to samo pytanie „dlaczego?”, to wolisz mimo wszystko ten swój poziom bezpiecznej samotności, zamiast niezrozumiałej dla ciebie polityki fałszu i dwulicowości.

sobota, 18 kwietnia 2020

W kolejce po chleb

Pozamykani w domach, mieszkaniach, w czterech ścianach. Bo tak trzeba. Bo tego wymaga aktualna sytuacja. Bo… pandemia. A ta odciska coraz głębsze piętno. Zmienia życia milionów. Bez pytania, czy może, czy tak wypada, czy tak powinno było się stać. Po prostu - dzieje się. Zasuwa z prędkością światła i po okrążeniu planety, zawsze ma coś nowego w zanadrzu. Dlatego wylogowałaś się z wirtualu. I wreszcie jest ci z tym dobrze. Po co wiedzieć więcej? Niewiedza to błogosławieństwo.

Twój dzisiejszy, kwietniowy, sobotni, rozkoszny, wiosenny poranek, przeciąga się razem z tobą, niczym leniwy kot, powoli prostując kościste godziny wolności. Wolności od pracy. Wolności od służbowych rozmów. Wolności od firmowego laptopa. Telefonów. Krzyków. Kłótni. Tupania nogą. Wolności od ciągłego poczucia winy, że godząc setki ról jednocześnie, walcząc o to, by nie zwariować, i aby zawsze być w wiecznym pogotowiu, zwarta i gotowa na każde poświęcenie - nadal jest ciebie za mało, za słabo, za cicho. Bo każde przetarcie oczu, to upłynnianie kanciastych paprochów korporacji, w celu lepszego zrozumienia okodowanego świata wszelkich zależności, których wcześniej nie musiałaś znać. I nadal nie chcesz. A musisz.

Ale dziś jest sobota.

Oddychasz więc głęboko i idziesz po chleb.

Drzwi schodowej klatki zamykają się za tobą, a wiatr rozkosznie delikatny, ledwie smaga ukojoną w końcu twarz. Wśród dni tak podobnych do siebie, to sobota właśnie przejmuje władzę nad twoim jestestwem, stając się najczulszą boginią całego, mrocznego tygodnia. Temperatura zbyt wysoka jak na tę porę roku, ale w tej danej chwili, cieszy cię, że możesz w końcu zostawić w domu kurtkę i wyjść w samym swetrze. I w masce, rzecz jasna. Która poddusza.

Ale, sza, już, sza!

Bo przecież jest tu też słońce, które rozświetla wszystko swoim intensywnym blaskiem. Przykuwa uwagę do wysokich drzew nad twoją głową, które w drżeniu wyczekują nagłego wybuchu zielonych liści. Jeszcze nie tworzą zakrytych cieni, są wciąż na wpół przezroczyste i blade. I z jakichś magicznych chyba powodów, pomimo trwającej od tak dawna suszy, zbierają siły do kolejnego sezonu pełnego zielonych szelestów i szumów wiatru.

Stajesz w długiej kolejce do piekarni. Zaskakująco długiej nie tylko z powodu tych obowiązkowych dwumetrowych odległości, jakie mają dzielić ludzi od siebie. Ale przede wszystkim długiej z powodu aktywowanego w głowach wszystkich planu przetrwania. Jak za czasów, gdy stawało się w kolejce, choć nie wiadomo było za czym się stoi. Gdy każdy pokarm stawał się rządową racją żywnościową, wybijaną w państwowej drukarni na kartkach i przydzielanych per twarz, per rodzina, per miesiąc. A teraz, kiedy wprowadzono prawo bezprawia, ludzie zrozumieli chyba, że muszą znowu przystąpić do tej samej walki. Odstać swoje w kolejkach, biec z samego rana, zanim sklep otworzą, bo co jeśli zabraknie? Bo co jeśli zabiorą? Bo co jeśli nie oddadzą?

Ale kolejki to tylko jeden przejaw szaleństwa.

Czekając w słońcu, z telefonem i odpaloną dla zabicia nudów grą, dociera do ciebie coś jeszcze. Że przed pandemią wcale nie byliśmy jacyś super luzaccy jako naród. Wiele wysiłku kosztował nas zwykły uśmiech dla kasjerki w Biedronce, czy nieznajomego w tramwaju. Szukaliśmy za to podtekstu. Drugiego dna w bagiennym dnie narodowej traumy. Dostrzegaliśmy kpinę, pogardę, obrazę, zamiast radości, otwartości, czy zwykłej sympatii. Dziś zaś obowiązek zakładania maseczek, zabrał nam tę otwartą możliwość zmieniania siebie, zmiękczania tej zamkniętej wersji Europejczyka, łagodniejszego traktowania obcych spotykanych na ulicy, wysupływania radości tak po prostu, bez powodu. Te cholerne maseczki nałożyły na nas idealną zasłonę dymną. Wreszcie nie musimy się uśmiechać. Nie musimy się starać rozumieć. Nie musimy zmiękczać. Nie musimy szukać ani analizować mimiki innych, odróżniać ich od grymasów, czy zwykłego zmęczenia. W końcu możemy być dalej zamknięci w sobie, bardziej obcy, bardziej zapadnięci. Bardziej oddaleni. Bardziej niż te pieprzone dwa metry. I mijający siebie nawzajem szerokim łukiem, niczym zarazę.

Wreszcie twoja kolej. Podchodzisz do lady i dostrzegasz swoją ulubioną sprzedawczynię, zawsze uśmiechniętą blondynkę i budzącą same pozytywne emocje. Więc uśmiechasz się szeroko i szczerze, wypowiadając kierowane do niej „dzień dobry”. I wtedy dociera do ciebie, że ona nie wie. Nie widzi. Nie czuje. Twój uśmiech stał się właśnie niewidzialnym bytem. Zbyt słabym echem i przygłuszonym trzema warstwami maseczki akcentem. Widząc jej kamienną twarz, dziękujesz więc tylko jej za ten pachnący cudownie chleb i wracasz naprędce do swojej dwupokojowej izolatki, obchodząc szerokim łukiem obcego sąsiada.

niedziela, 12 kwietnia 2020

Pieprz i sól

Od dziesięciu minut trwasz w bezruchu otoczona łazienkową zielenią przed niewielkim lustrem i patrzysz na swoje odbicie, na siebie w całej okazałości, na mistrzynię krytyki własnej. Woda na twym bladym ciele dawno już wyschła, a ty z uważnością jogina analizujesz każdy jego centymetr, każdy jeden cień, zagłębienie, wypukłość, nieprawidłowość, skazę, skrawek normalności, każde światło i każdy cień. Bo to, co widzisz ty, widzi też i każdy inny. Bo w czasach zarazy nikt już nie nosi różowych okularów. Bo jesteś chodzącą wadą fabryczną, choć nie wszyscy o tym wiedzą. Ale wiesz o tym ty. I to wystarczy.

Szeleszcząca skóra twoich dłoni z roku na rok zyskuje coraz więcej wątrobowych plamek. Brrrr! Wzdrygasz się na samo brzmienie tej nazwy. Wątrobowe plamki! Jak opis sekcji zwłok starego alkoholika. Dlatego właśnie wolisz nazywać je piegami starości. Zatem - dłonie szeleszczą, a powierzchnia skóry pod światło przypomina ci bardziej skórę słonia, choć bez tej grubej szarości. Wiesz o tym doskonale, że pijesz za mało wody, a za dużo kawy i wieczornego wina. Co godzinę maskujesz więc swój wstyd grubą warstwą kremu nawilżającego. I przez krótką chwilę czujesz się znowu dobrze. Do następnego umycia rąk, trwającego nie krócej niż te dwadzieścia antywirusowych, antybakteryjnych, antypandemicznych sekund.

Siwe odrosty widniejące niczym znamię na czubku głowy, posypka soli i pieprzu na twych włosach, znacząco już przekracza społecznie dozwoloną i akceptowalną długość. A pamiętasz? Miałaś na to wszystko tak cudownie idealny plan. Fryzjera. Profesjonalne doradztwo. Krótką fryzurę - ale to akurat nic nowego, nie pierwsze byłoby to takie cięcie. Lecz najważniejszym punktem tego programu przemiany, miał być właśnie ten pseudosiwy kolor, łamiący dotychczasowe standardy pięknego, kasztanowego - pozostałości po twojej twojej młodości i gasnącego powoli, cichnącego gdzieś w dalekiej czasoprzestrzeni, seksapilu. Wiesz, że wyglądasz z tymi kudłami już z lekka niesmacznie, więc wiążesz je co rano, w jakiś niezdarny kok i uczysz się akceptacji natury. Choć z Matką Naturą niewiele ma ona wspólnego. To raczej niezdarność w rozdawaniu barw. Upragnionej bieli siwizny nie ma i nigdy nie będzie. Tylko ten pierdolony pieprz z domieszką soli. Bardziej przypominające druty, mniej miękkie, bardziej śmiertelne włosy.

Dociera do ciebie ciche tykanie zegara nad drzwiami łazienki. Tik-tak. Przeszłość minęła bezpowrotnie. Tik-tak. Idziesz więc do kuchni. Tik-tak. Wyciągasz kieliszek. Tik-tak. Otwierasz porto. Tik-tak. I nalewasz sobie do pełna, bo na trzeźwo nie dasz rady. Po czym wracasz do łazienki. Tik-tak. Po drodze wyciągasz z czarnej szafki nożyczki. Tik-tak. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Tik-tak. Długo mierzysz się z tą decyzją. Wahasz się. Przykładasz ostrza do wybranego miejsca tworzącego uwspólnioną, pogodzoną przestrzeń trzech barw - ognistej czekolady, mrożonego brązu i mieszanki pieprzu oraz soli. Tik-tak. Będzie ciekawie, czy też tragicznie?

A jakie to ma znaczenie, skoro siedzisz w niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu, od miesiąca trwając w ogólnonarodowej izolacji i tak szybko ludzi z pracy nie zobaczysz na własne oczy? Pandemia potrwa! Chaos także! Śmierć dopiero rozkłada swoje czarne skrzydła nad potłuczonym życiem milionów. Zatem, tak, masz pieprzone prawo do popełnienia tej zbrodni! Masz czas na odkupienie winy! Masz nożyczki! I masz te cholerne, smutne, byle jakie włosy rozyspane po ramionach!

Ostrze - ciach - ciach. Najpierw ostrożnie. Powolutku. Z rozwagą. Połowa za tobą. Aż w chwili zwątpienia sięgasz na skraj szklanej półki. Chłód kieliszka ostatecznie rozmraża odwagę. A łyk rozpalającego przełyk portugalskiego smoka, dodaje siły napędowej palcom. I po przymknięciu bladych powiek, nabierasz właściwego dla tej zbrodni przekonania, pewności, wiedzy. Ciach - ciach.

Po-za-mia-ta-ne!

Kiedy się w końcu zatrzymujesz, drzwi łazienki uchylają się powolutku, a do środka zagląda przerażona twarz twojej ślicznej, 7-letniej córki.

- Wolałam cię tamtą, mamo. Tamta była ładniejsza.

Szach- mat, zmiano!

sobota, 4 kwietnia 2020

Smoła

Pełzniesz jednostajnie przez świat, przez męczący korowód szaleńczo podobnych do siebie dni. Niby dłużej śpisz. Niby nie tracisz dziennie dwóch godzin na dojazd do i z pracy. Ale zmęczenie i tak samo anonsuje się cieleśnie, gromadnie osiadając we wszystkich komórkach twojego ciała. Przymykasz oczy i zaklinasz w myślach wszystko dookoła. Po czym pełzniesz dalej. Byle do wieczora. Do chwili, w której wreszcie zamkniesz firmowego laptopa i odgrodzisz siebie od nie-siebie.

Książki. Seriale. Dobre filmy. To, czego zawsze było tak dużo, tak intensywnie i tak wielobarwnie - dziś wymarznięte, wybrakowane i wykończone - stoi w kącie pokoju, na karnym jeżyku, smutkiem zalewając podłogę. Wykończone smutkiem są także ściany, które echem odbijają najnowsze śmiertelne doniesienia wirusowej pandemii.

Wszystko uległo zmianom. Sposób robienia zakupów, gdzie albo decydujesz się na długie stanie w kolejce przed sklepem, albo wybierasz zakupy online z niepewną dostawą do domu. Zakazami wstępu i spacerowania wybrukowano wszystkie lasy, parki, chodniki, ulice. Zaś praca zdalna przestała być luksusowym wyborem, a stała się koniecznym obowiązkiem. Siedzisz więc całymi dniami w czterech ścianach z pracą przy stole jadalnym, dziećmi na kolanach i ich szkolnymi pracami tuż obok. A lista wykonywanych przez ciebie zawodów wydłuża się namiętnie. Żona, matka, kochanka, psychoterapeutka, przyjaciółka, księgowa, pielęgniarka, sprzątaczka, kucharka, detektyw, strateg, logistyk, kierowca, obserwator, komentator, pedagog, wychowawca, nauczyciel.

Każdego dnia frustracja zagęszcza ci krew w żyłach. Chodzisz coraz bardziej opuchnięta strachem. Zataczasz się po pokojach pijana oparami ciasnego domostwa. Aż finalnie wybuchasz płaczem po rozkosznym seksie, bo właśnie do twojej rozedrganej świadomości dotarła prawdziwa groza i widmo samotnej oraz bolesnej śmierci. W głowie wybrzmiewa już tylko jej głos. Jej opowieść mająca być przestrogą dla młodych. Lecz dla ciebie jest już hymnem, którego refren będziesz odtwarzać setki milionów razy w ciągu doby.

- Nie mogliśmy go nawet potrzymać za rękę. Ani przytulić. Pocieszyć. Czy pożegnać się z nim. - opowiada w telewizyjnym reportażu siostra zmarłego 30 parolatka. Zdrowego, pełnego sił i energii życiowej. Ciach - trach. COVID-19. Szach - mat.

- On umierał tam w samotności. A my nie mogliśmy nic. Nic! A kiedy było po wszystkim, dostaliśmy do rąk tylko jego prochy.

Stoisz więc na balkonie i próbujesz być Tu-I-Teraz. Bierzesz głębszy oddech, ale momentalnie czujesz już tylko smród palonych przez twoich sąsiadów papierosów. Z jednej strony rozumiesz potrzeby palaczy (bo sama niegdyś byłaś jednym z nich), a z drugiej nienawidzisz tego lepkiego smrodu, przyklejającego się do firan, zasłon, pościeli, ubrań i włosów. Zamykasz więc oczy, by zapanować nad falą gniewu. Doświadczasz chłodu kamiennych płytek i zimnego wiatru od zachodu. Chaos myśli destabilizuje twój emocjonalny niegdyś potencjał. Chciałabyś przestać czuć się tak beznadziejnie, jak patyk wetknięty w środek gęstej, zastygłej smoły. Chciałabyś w końcu odnaleźć w sobie na nowo ten cholerny przycisk „power”, by jednym ruchem dłoni odegnać precz wszelką skrajność, lękotwórczość, wszelką niemoc. Lecz zamiast tego tkwisz w czerni własnych myśli i wciąż skubiesz palce.

sobota, 28 marca 2020

Antyutopia

W końcu następuje sobota. Możesz spać, ile tylko chcesz. Przewracasz się z boku na bok, czując wewnętrzną zgodę na to słodkie lenistwo. Ciało ze znacznym spowolnieniem podąża za umysłowym kierunkowskazem. Odkształcone myśli, pofałdowane snem ciało, wszystko razem - miękko wygniata napięte tygodniem obserwacje. Blady uśmiech przemyka ci radośnie po twarzy. Pragniesz zatrzymać to wszystko w szerokim, barwnym kadrze. Zachować na pamiątkę unoszący się w rzeczywistości więziennej wycinek tej wyjątkowej czasoprzestrzeni. Miękkiej, wygrzanej ciałem pościeli. Bieli kojącej zmysły. Blasku słońca dumnie stąpającemu po kątach. Poranka tak cichego, że szept automatycznie przemienia się w zabawny stukot zimnych jeszcze ścian. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech…

I tu stawiasz trzy kropki. Stop klatkę. Bo tradycyjnie, w codziennym odruchu Pawłowa, sięgasz po telefon, na którym już rozkrzyczaną czerwienią bije cię po oczach bezimienny raport z nocnych obrad rządu twojego kraju. Czytasz i nie dowierzasz. I w jednej chwili to wszystko, co wygniecione, senne, miękkie i pofałdowane - przemienia się znowu w boleśnie napiętą strunę. Ciało zastyga i automatycznie wpada w te swoje betonowe odlewy. Oczy zachodzą mrokiem. Umysł zatrzaskuje drzwi i zakłada na nich żelazną kłódkę. Znowu jesteś w tej cholernej pułapce chorej abstrakcji. Masz ochotę krzyczeć. Wyć na cały regulator istniejącej jeszcze w tobie mocy. Pragniesz w jednej sekundzie wyjść na ulicę i wraz z wściekłym, milionowym tłumem wypluć z siebie ten pieprzony jad, którym karmi cię ten kraj od lat. Rzygasz już nim. Zatrucie osiągnęło poziom nasycenia wielowymiarowego. Lecz tym razem nie możesz już nic. Bo i tego zabrania ci twój kraj. Zamknął ciebie, jak i pozostałe miliony w mieszkaniach, domach, pokojach. Tkwisz więc na pięćdziesięciu pięciu metrach kwadratowych, na powierzchni dwóch niewielkich pokoi, zamieszkiwanych przez cztery osoby i dwa koty, wściekle roznoszące drewniany żwirek po wszystkich zakamarkach. Ciasno i duszno. Paranoicznie i schizofrenicznie.

Tymczasem głupie serce młóci jeszcze naiwne modlitwy nadziei. Że to jakaś pomyłka. Ponaglony Prima Aprilis. Że to przypadek. Że zatracili się nieco. Dali zapędzić w kozi róg. I zaraz to naprawią. Chwila. Momencik. Będzie dobrze. Nie bój się. Będzie dobrze. Będzie dobrze. To się da jeszcze odkręcić. Jest dobrze, naprawdę. I tak też będzie.

Nie!

Nie będzie, kurwa, dobrze! Bo oto właśnie się stało - tej rozkosznej, otulonej w ciepłą biel pościeli, nocy - większościowo uchwalono wyrok śmierci! Wydano go zaskakująco lekką ręką na miliony obywateli z jednoczesnym i jakże upiornym uśmiechem na gębie. A Joker, liliput, macha sobie właśnie nóżkami zadowolony i z odklejonym od rzeczywistości starczym umysłem. Antyutopia stała się twoim nowym domem.

Trzaskasz drzwiami. Wsiadasz z dziećmi do auta i jedziecie do lasu w nadziei na odrobinę świeżego powietrza, rozprostowanie kości, poruszania się nieco. Trzeba coś zrobić. Zmienić ten constans. Lecz spacer po lesie staje się pułapką. Słońce zamiast ogrzewać i rozleniwiać, podgrzewa do stanu wrzenia myśli. Drżysz coraz mocniej i z trudem panujesz nad językiem. I wtedy wpadasz na grupkę młodzieży, roześmianej, pijącej alkohol i palącej grilla.

Zakaz zgromadzeń powyżej 2 osób.

Zakaz palenia ognia w ogarniętym suszą lesie.

Ignorancja.

Zabawa.

Śmierć.

Ot - wyrok wykonany.

Nie potrzeba tu wojska. Nie potrzeba tu rządu. Nie potrzeba tu ustaw przepychanych kolanem po nocy. Nie potrzeba Jokera z umysłem paranoika. Wystarczy zatkać uszy, oczy i usta. Wystarczy być małpką w zoo. Wytresowaną do bylejakości.

Chwytasz więc dzieci za ręce i uciekasz z lasu z powrotem do więzienia, bo teraz to już nawet strach się bać…

piątek, 27 marca 2020

Home Office

Z niedowierzaniem przeglądasz zdjęcia na telefonie. Zaprzeszłe echa minionej już epoki mrużą oczy spoglądające pod słońce prosto w obiektyw. Uśmiechnięte. Zrelaksowane. Czasem zaskoczone. Kochające życie. Tulące się wzajemnie. Poznające życie. Głaszczące koty, psy, konie. Doświadczające matryc tak zwanej normalności. Ale czym ona jest jest dzisiaj? I jakim cudem, to co wydawało się nią być, przemieniło się w tak nagle i niespodziewanie w luksusową markę? Niedostępną? Poza zasięgiem każdego - bogatego, biednego, chorego, czy zdrowego? Jak to w ogóle możliwe?

Skradało się do twojego umysłu kilka namacalnych kataklizmów. Ekologiczny - najbliższy twemu sercu, przewidywalny, budzący jednak przerażenie oraz strach. Upały, susze, brak wody, jedzenia, walka o przetrwanie, strach o przyszłe pokolenia, ale nade wszystko o własne dzieci. Czy też ekonomiczny - wykrzykiwany przez najwybitniejszych ekonomistów świata. Kolejna bańka. Bum i wszystko cenowo fruwa pod sufitem twoich możliwości. Zwiększone bezrobocie, znowu pracodawcy rządzą światem, a ty, mały robaczku, radź sobie tak, jak możesz najlepiej. Sprzątając cudze domy i mieszkania, pożyczając na chleb i żebrząc o godne życia. Ale obydwa wymienione kataklizmy były od dawna jasne, klarowne, do przewidzenia.

A ten jeden - zupełnie, totalnie, na całej linii - zignorowany, zbagatelizowany, wypchnięty poza granicę naszej ludzkiej wyobraźni. Pomimo krzyczących książek, historii z krwią zaschniętą na ustach. Niczego się nie nauczyliśmy. Wciąż pogrążamy się w chaosie jaźni.

Ot - mit niezniszczalności.

Początek - to tylko jeden dzień, jedna chwila w trakcie tego jednego dnia. Zwykłe pstryknięcie palcami. Dzwonek wieczorną porą. Ruch dłonią. Przesunięta ku górze zielona słuchawka. I dźwięk w telefonie. To takie proste - pstryk.

Wychodzisz jak codzień z biura. Bierzesz swój laptop i zarzucasz na ramię. Spoglądasz na stanowisko pracy, które każdego dnia starasz się utrzymywać w jak najlepszym porządku i czystości. Podlany kwiatek będący prezentem z okazji Dnia Kobiet. Ponętna , wielka i zapewne soczysta pomarańcza zarezerwowana na jutrzejsze śniadanie. Szafki pozamykane na klucz. Długopisy pochowane. Chusta otulająca cię ciepłem w chłodne dni poskładana w trójkąt na oparciu wygodnego fotela. Odhaczone wszystkie punkty na liście porządnego pracownika.

Godzinę później przekraczasz próg swojego domu. Witasz się z dziećmi. Tulisz je. Zatapiasz dłonie w ich miękkie i pachnące włosy. Słuchasz ich szkolnych opowieści. A w myśli układasz już listę zakupów. Potem pędzisz samochodem do sklepu pragnąc zrobić zapasy na nadciągającą kwarantannę. Choć, co najśmieszniejsze, nie wiesz jeszcze, że ona naprawdę nastąpi. Ale czujesz ją intensywnie w kościach, czujesz podświadomie, w każdym oddechu i tonie walącego wściekle serca, ty po prostu wiesz, że COŚ się wydarzy i mocno tąpnie rzeczywistością. I kiedy tak wykładasz te wszystkie mnogie produkty na taśmę kasową - rozdzwania się twój telefon, a na ekranie wyświetla się imię szefowej. Odbierasz.

- Od jutra pracujemy zdalnie. Nie jedź do biura. Zostań w domu.

I tak właśnie to się dzieje. Zwyczajny dzień. Zwyczajne zakupy. Zwyczajny telefon. Lecz słowa, już nie takie zwykłe, sunące po linii światła i dźwięku - pędzą z doniesieniem o końcu świata, choć jeszcze go nie straciłaś, choć jeszcze go przecież posiadasz, choć jeszcze tak dobrze go znasz. Ot, klamka zapada. I właśnie tak się to zdarza. To właśnie jest ten moment. Chwila, od której nie ma już najmniejszego odwrotu. Chwila, w której rzeczywistość montuje już kraty we wszystkich twoich oknach.

Zostań w domu.
Zostań żywa.

poniedziałek, 23 marca 2020

Wariatkowo

Otwierasz oczy.

Ciemne jądro nocy rozświetlane pomarańczowym blaskiem ulicznych latarni, pełznie powoli ku twoim zmęczonym dłoniom, sięgającym po komórkę leżącą tuż obok. Zabawa światłocieni trwa w najlepsze. A ty pragniesz tylko ponownie zanurzyć się w czarną otchłań snu. O ile to, co właśnie minęło, było snem właśnie. Nabierasz powietrza w obolałe płuca i wysapujesz zmęczenie wraz z przeciągłym świstem. Chcesz tylko sprawdzić ile minęło czasu, odkąd ostatni raz kontrolowałaś godzinę. Skupiasz przez chwilę wzrok, marszcząc przy tym czoło, i momentalnie czujesz, jak fale twojej skóry na czole zachodzą na siebie wzajemnie, prężąc się, wyginając, i w końcu zastygając po drodze. Pierwsza dwadzieścia osiem. Psia krew! Chcesz przecież tylko spać. Chcesz spać. Chcesz spać!

Otwierasz oczy.

Wciąż pomarańczowa ciemność. Godzina druga z większym hakiem. Już nawet nie pamiętasz wartości po dwukropku, która smartfonowo rozświetliła na chwilę twoją twarz. Druga to przecież nadal środek nocy, a ty przewalasz się z boku na bok, nie mogąc się w pełni zanurzyć w tę odmóżdżającą, resetującą umysł część doby.

- Co się dzieje? - słyszysz za swoimi plecami i czujesz jego ciepły oddech na karku.
- Nie mogę spać. - warczysz i kąsasz każdą literą wycedzaną z ust o tej porze. Czyż to nie jest aż nazbyt oczywiste?
- Może weźmiesz tabletkę?
- Nie.

Sekundę później jego oddech nabiera tej zazdrosnej głębi, a twoja głowa z powrotem opada z ciężarem myśli na miękką poduszkę. Za późno na chemiczny sen. Zaśnij. Proszę, zaśnij, głowo.

Otwierasz oczy.

Blask słońca rozświetla już pokój, przedzierając się z tą swoją codzienną, poranną werwą przez cienką warstwę bieli, odgradzającej wasze życie od reszty świata. Lecz gdyby nie ta biel w oknach, widzielibyście się wszyscy, niczym w programie popularnej telewizji śniadaniowej. Materac na podłodze w stylu japońskim, na ścianach obrazy Buddy, dwa sukulenty na białej komodzie. Sięgasz po telefon spodziewając się budzika. Czwarta trzydzieści siedem. Półtorej godziny jeszcze. Choć wewnętrzny zew ciała pionuje się cię jakby z automatu. Uciekaj. Uciekaj, póki możesz. Póki jeszcze masz czas! Skacz, nurkuj, zniknij. Jeszcze masz czas…

Z zamkniętymi oczami sięgasz po wibrujący budzikiem telefon. Oczy nie chcą się otwierać. Powieki to teraz stal, a ciało - betonowy filar. Wszystko boli. A najmocniej - świadomość, że właśnie na dobre rozpoczyna się nowy dzień. Kolejny dzień bez drzwi i bez klamek. Z kratami w oknach, których jeszcze nie widać.

Praca.
Nauka.
Rozmowy.
Izolacja.
Wariatkowo.

niedziela, 22 marca 2020

Strach matki

Czy można przestać się bać? Czy można dezaktywować raz na zawsze ten wielki, czerwony przycisk, który w jednej sekundzie doprowadza do temperatury wrzenia adrenalinę i kortyzol? Chciałabyś. Choćby teraz. Dziś. Już. Teraz. W tej cholernej właśnie chwili, kiedy przez cały świat przetacza się pierwsza fala pandemii. A najlepiej na bliżej nieokreślony czas. Albo choćby na troszkę. Na kilka najbliższych miesięcy. Lecz doskonale wiesz, że to jest niemożliwe. Pod każdym możliwym względem.

Dopóki jesteś sama - twój świat obraca się tylko wokół tego, co ty możesz zrobić sama dla siebie, dla świata, dla innych, dla lokalnej społeczności, dla niego, dla niej, dla przyjemności, dla bólu istnienia. Realizujesz się. Rzucasz wyzwania. Podejmujesz walkę. Pokonujesz swoje słabości lub dajesz im się pokonać. Triumfujesz. Przegrywasz. Skaczesz. Tańczysz. Śpiewasz. Płaczesz. Śmiejesz się do rozpuku. Doświadczasz. Tęsknisz. Kochasz. Nienawidzisz. Szukasz równowagi. Szukasz odpowiedzi na pytania. Podróżujesz. Zwiedzasz. Żyjesz…

Dopóki jesteś sama, ogarniasz wszystko samodzielnie w swoim własnym, malutkim, niejednorodnym świecie. Istniejesz sama dla siebie. Owszem, są być może rodzice lub ich nie ma już wcale. Może są blisko lub są bardzo daleko. Może jesteś związana bardziej z matką, a może bardziej z ojcem. Może kochasz ich oboje wciąż tak samo mocno. Może tęsknisz za jednym, może bardziej za drugim. Lub może tęsknisz za obojgiem. A może za nikim. A może jesteś już sama jak palec. I wszystko ci już jedno. Jednak twój dorosły, dojrzały zegar tykając, każdego dnia coraz mocniej wypycha cię ku własnej, samotnej podróży. Gdzie współdzielone z innymi ścieżki to już tylko ewentualności, które mogą, ale wcale nie muszą się wydarzyć.

Jednak chwila, w której rodzi się twoje dziecko, istota tak diabelnie krucha i zależna tylko od ciebie - to jest ten moment, i to miejsce, których nigdy już nie cofniesz, nigdy ich nie zmienisz, a wielkość i znaczenie tej sytuacji wybrzmiewać będzie w tętnie twojego serca do końca twoich dni. Przestajesz już być tylko sama dla siebie. Kończą się rzeczy, które robiłaś tylko sama dla siebie, dla świata, dla innych, dla lokalnych społeczności, dla niego, dla niej, dla bólu istnienia. Kończy się twoje własne, egocentryczne chciejstwo i czarodziejstwo. Zaczyna się wasze wspólne „wy”. Twój świat nagle poszerza swoje granice i przestaje być mikroskopijną wysepką. Przemieniasz się. Formalizujesz swoje wiekuiste istnienie do tego, co zaprogramowała ci Matka Natura. Klamka zapadła. Koniec. Ta-dam! Od tej chwili startujesz w innej formatce. Na zawsze już będzie matką. Nikt i nic już tego nie zmieni. Ani śmierć, ani wojna, ani katastrofa, ani choroba, czy nawet aborcja. Stało się. I już się nie odstanie. Nie odwołasz już tego. Nigdy. Przenigdy.

A strach? Będzie od tej chwili twoim drugim oddechem. Biciem serca. Drugim śniadaniem. Nocną zmianą. Drugim bokiem podczas snu. Kompulsywno obsesyjnym nawykiem. Schizofrenią. Przekleństwem. Spoiwem każdej życiowej cegiełki układanej codziennie rano, budującej twoją nową, poszerzoną rzeczywistość. Każdego dnia od nowa. Bez ustanku. Bez przerwy. I może… Może… Może któregoś dnia zrozumiesz, że to jest właśnie twoja nowa wersja życia, a przypadkowa anomalia, stała się przeklętą normą. I może wtedy właśnie zrozumieć, że już nigdy nie doświadczysz innej.

Dziecko bowiem oznacza wieczną aktywację programu - przetrwać ponad wszystko. Musisz więc być czujna. Ciągle. Dwadzieścia cztery na siedem. Trzymasz więc w dłoni wielką, długą, białą listę - nowy zakres twoich obowiązków. Masz być. Masz trwać. Masz obserwować. Słuchać wszystkiego. I słyszeć więcej. Pytać. Uczyć się. Czuwać. A każde niepokojące, nawet najdrobniejsze wychylenie wahadła w bok - traktować niczym największe, grożące wam niebezpieczeństwo. Biegnąć zawsze na ratunek. Walczyć. Ale nigdy nie paść.

Tak więc - drżyj.

Drżyj, droga matko…

piątek, 20 marca 2020

Jeszcze będzie dobrze...

Kolejny dzień pędzi jak szalony, na złamanie karku, ku wieczornej mecie. Przez okno, zawsze chętnie witane, wślizguje się olbrzymie serce Twojego małego Wszechświata - słońce w tej całej swojej oślepiającej postaci. Rozlewa się blaskiem po kątach, rozświetlając zakurzone półki, kocie kłaczki zagubione w biegu, czy załamania kątów prostych, zawijasy drewnianych paneli, i finalnie wybuchając na twojej rozgwieżdżonej piegami twarzy. Wyciągając także te niechciane, pochowane do tej pory, poukrywane miejsca, ciągnąc je za uszy, do góry, na powierzchnię tego widzialnego, obserwowanego przez wszystkich, dającego się zakwalifikować słowami i uczuciami - Tu-I-Teraz. Opromienia całe wnętrze, które wczoraj w mroku, dziś kąpiące się w zachwycie i już z nostalgią szykujące pożegnanie na dobranoc.

A potem ściągnięta dotąd zasłona, opada z głośnym szelestem, wzbudzając tony kurzowej zawieruchy. Ta ciężka granica pomiędzy Jawą a Snem posiada magicznie aksamitny oddech, przywierający do ramion ugniatając niczym kot człowiecze ciało, obezwładnia bezgranicznie. Miękko i bezpiecznie. Otwierają się mroczne piwnice upiornych myśli. Wyzwalając najtrudniejsze emocje posklejane codziennym natłokiem myśli. Pal licho twoje własne! Poradzisz sobie z nimi. Choćby płaczem pod gorącym prysznicem. Kiedy nikt cię nie widzi, i nikt cię nie słyszy. Wtedy pozwalasz, by woda była wodą w każdej postaci. Ludzkiej rozpaczy, żalu, smutku, bezwładności. Ale kiedy siadasz naprzeciw syna - młodego człowieka - istoty będącej wciąż jeszcze dzieckiem - i kiedy słyszysz, doświadczasz jego emocji - czujesz się niczym w totolotkowej kumulacji. Ból rozwarstwia każdy skrawek twego serca. Patrzysz na niego zdumiona. Jak on tak może? Zgrabnie ujmować w słowa te wszystkie swoje emocje, stawiać przecinki i średniki, wykrzykniki i myślniki. Znaki zapytania? Zawsze we właściwych miejscach. Zrozumiale. Logicznie. Prosto. No, jak że to tak? „Mamo, jak ja mam tak, bez kolegów, bez przyjaciela? Jak?!”

Przywołujesz go ruchem dłoni. Otwierasz się na przejęcie ładunku. Już wiesz, że będzie to ciężki podarunek. Ale przyjmujesz go, bo tego właśnie pragniesz. Tuląc jego napięte plecy wtulone w twój miękki brzuch, wiesz że wszystko, co czuje on, czujesz i ty. W jednej chwili stajesz się dziesięcioletnim chłopcem z sercem bijącym zawsze na otwartej dłoni, z gorącym rytmem, z logiką i z pięknym uśmiechem, ale także z nerwem i perkusyjnym przytupem. Kochasz go, więc i tulisz do chwili, w której jego ciało się rozluźnia, a wraz z nim i ty sama. Kołyszecie się razem na fali wspólnego oddechu. Układacie na półkach przemieszane pozycje. Ziarna czarne rozdzielacie od tych białych. „Będzie dobrze, kochanie, zobaczysz, będzie jeszcze dobrze.”

czwartek, 19 marca 2020

Psychoterapeutka

Nerwy pozaplatane niczym ciasny, ciężki warkocz. Jak radzić sobie z napływającymi emocjami, które po chwili ogłuszającego uderzenia, rozlewają ci się pod stopami? Z jednej strony twoja własna wyobraźnia, doznania, myśli, obawy, lękotwórcze stwory jaźni. Z drugiej cała brygada rodzinna na pokładzie, dzieci, mąż, rodzice, teściowa. Radź z tym sobie. Udźwignij to. Jesteś dorosła. Jesteś dojrzała. W czym problem?

Robisz w tym świecie od lat za psychoterapeutę. Nikt cię jednak nie wyszkolił. Nie przygotował do dodatkowego, nieodpłatnego zawodu. Nikt nie pokazał, nie nauczył metod prowadzenia takich rozmów. Za każdym razem idziesz więc na żywioł i płyniesz wraz z rzeką własnych myśli i odczuć, próbując przy okazji nie utracić równowagi i nie wpaść, nie utonąć. Serfujesz po oceanie doświadczeń i łączysz ze sobą te maleńkie kropki, licząc na to, że odnajdziesz im wszystkim właściwy port, punkt zaczepienia, podłoże, miejsce zakotwiczenia na dłużej. Po co? Ano po to by odpocząć. Złapać pion. Oddechem napełnić obolałe płaczem płuca. I wykrzyczeć wszystkie żale. Wszystkie krzywdy. Wszystkie braki. Nieprzespane noce. Utracone skrawki dzieciństwa. Wyrwane z objęć demonów i krzywd wrzeszczące karykatury strachu. Wypełnić nimi worki i wyrzucić za burtę codzienności. By nie musieć się już z nimi zmagać.

No więc łączysz te wszystkie cholerne kropki. Ustawiasz w kolejności od A do Zet. Według kolorów, wielkości oraz ciężaru. Ogarniasz każdą piaskownicę, po czym stajesz pod ścianą niczym skazaniec. Bo odpowiadasz głową za poprawnie wykonany cykl naprawy. A łeb ci pęka. Od nadmiarowości tego wszystkiego, a szczególnie tego, co w tobie samej grzmi od tysięcy lat. Od tego, co nawrzucali do niej inni. Skądinąd bliscy i cholernie dla ciebie ważni ludzie. Tulisz ich więc i nienawidzisz jednocześnie. Bo przecież ty też potrzebujesz uwagi. Wysłuchania. Utulenia. Zrozumienia. Nie oceniania. Bycia i towarzyszenia.

Kiedy więc przybiega do ciebie wieczorną porą boso córka, wtulasz się w jej zapachy i starasz wkomponować je wszystkie w całą siebie. By trwać. By nigdy, przenigdy nie zapomnieć. By odczuwając ten stan upojenia dziecięcą Miłością, trwać dalej na straży bezpieczeństwa psychicznego całej rodziny. I modlisz się w duchu by pomimo wszystko - nie zwariować.
Wszystko w głowie pulsuje. Migrenowe wyładowania prądu pod wysokim napięciem zdejmują z ciebie wrażliwość i empatię. Wyłączasz system. Czas na kolejną tabletkę przeciwbólową. Czas na sen. Na ucieczkę przed tym, co dziś i przed tym, co jutro.

wtorek, 17 marca 2020

Mac vs koniec świata

Siedzisz przed ekranem otrzymanego właśnie maca i zastanawiasz się nad tym, kim ty tak naprawdę jesteś. Niebieskość pokoju rozświetlana jest bielą spokojnego oddechu męża. W głowie rozbrzmiewają tylko pojedyncze samogłoski nie tak dawnej histerii. Za oknem rozbrzmiewa kakofonia pandemii. Na świecie panika giełd, walący się dotychczasowy świat. A ty probujesz pozbierać się do kupy i nie panikować. Nie idzie ci to najlepiej.

Kiedy wiec w końcu zaczynasz analizować każdą z tych samogłosek, dociera do ciebie, że to nie biel spokojnego oddechu męża, ale jego potworny i wkurwiający do granic możliwości poziom egocentryzmu, wykluwający się w postaci chrapania. Każda z jego spółgłosek musi wybrzmieć głośno i wyraźnie. W dupie ma to, czy właśnie idziesz spać, czy może chcesz po prostu siedzieć i pisać, co ci tylko przyjdzie do głowy. Jesteś sama z tym potwornym wrzaskiem rozwartego na cala szerokość gardła z zapadniętym do środka językiem. Czy naprawdę istnieje taki świat bez chrapania? Bez tej cholernej udręki bycia duszonym?

Zmieniasz pozycje ciała. Wszystko cie boli i wkurwia jeszcze mocniej. Jaki to ma właściwie sens, skoro właśnie kończy się dotychczasowy świat? A może on juz się zakończył?

wtorek, 25 lutego 2020

Słowem wstępu

Zasnęłam. Dosłownie zapadłam się w grzęzawisku nicości. To nie było jak powolne opadanie na dno przezroczystego jeziorka z piaszczystym dnem. To było jak trzaśnięcie drzwiami od piwnicy i wepchnięcie w maź czerni świadomości.

Trzask. I Cię nie ma. Są tylko wytwory Twojej wyobraźni. Strzępy słów. Czyny. Ludzie których nigdy nie znałeś ale we śnie tulisz ich do siebie jakby znaczyli wiele więcej.

Trzask. I budzi Cię telefon. Mąż pyta co kupić. Krótka piłka, a słowa niemal bełkotane, wyślizgują się z ust, pragnąc tylko powrotu do piwnicy. Koniec rozmowy.

Trzask. I znowu tam jesteś. Możesz wiele. I możesz znowu nic. Być popychadłem i mścić się tylko poprzez trzaśnięcia tych cholernych drzwi. A potem znowu obcy znajomi, obce twarzy rodziny, które tulisz niczym własne dzieci.

I znowu trzask. Kolejny telefon. Znowu na powierzchni słów. Dziecko, że zostaje w świetlicy. Wróci za pół godziny. Koniec rozmowy.

I koniec drzemki...