Deszcz. Słońce. Wiatr. Deszcz. Słońce. Wiatr. I tak w kółko. Przyjemnie. Czasem chłodno. Czasem gorąco. Każdy dzień, czy noc, którą zapełnia deszcz, upaja cię i spowija myśli spokojem. Widmo tegorocznej suszy i katastrofy ekologicznej znika z widoku i tymczasowości chwili. Oddychasz głębiej.
Tymczasem pandemia nie spowolniła swojego marszobiegu. Bynajmniej nie spłaszczyła krzywizn na medycznych wykresach. Ale rząd tego kraju rozpoczął już etap rozmrażania tego, co musiało zostać powstrzymane w lodowej paszczy kryzysu. Ludzie powoli więc dźwigają się z kolan. Jedni przy tym rozpaczają. Inni trwają w histerycznym otępieniu. Jeszcze inni wymachują kijami i grożą rewolucją. Reszta kombinuje. Przebranżawia się. Szuka luk i wyłomów w rzece bezlitosnego systemu. Wszyscy bowiem musimy walczyć, trwać i żyć. Dla siebie i dla innych. Lecz czy ktokolwiek powiedział, że to będzie łatwe?
Na ulice powróciła ułuda normalności. Dzieci znowu biegają w grupkach po osiedlowych uliczkach i ganiają na hulajnogach, czy rolkach. Młodzież spotyka się na boiskach i rozświetla swoje młode twarze czerwonym blaskiem palonych na znak buntu papierosów. Szkoły nie ma, jest niby obowiązek nauki zdalnej, ale co tam. I tak koniec roku za pasem, więc niech żyją wakacje przed wakacjami. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dorośli też dokazują do woli - bez przymusu zasłaniania ust maseczkami, spotykają się co rusz na grillach, zaległych urodzinach, odłożonych imprezach. Jakby to, co trzymało nas przez ubiegły kwartał, było tylko złym snem. Czy wypalonym do cna stosem nieprawdy. Toną absurdalnej antyutopii wymyślonej na poczet kolejnych teorii spiskowych.
Ale ty czujesz podskórnie, że za kilka tygodni, najpóźniej jesienią, doświadczą wszyscy zmasowanego nawrotu tego piekła. I będzie jeszcze gorzej niż jest dziś. Będziemy jeszcze twardo zgrzytać zębami, krusząc swój upór i optymizm na potwornych wieściach, wykresach i statystykach, wyrywających trzewia optymizmu z żywego ciała. Ty wiesz, że to jeszcze nie jest ten czas zabawy i poluźniania krawatów. Obserwujesz więc wszystko z chłodnego dystansu. Z niedowierzaniem potrząsasz krótkimi, coraz bardziej siwiejącymi włosami i nadal chronisz najbliższych.
Zaś twój brak łączności z wirtualnym światem znajomych okazał się globalnym i idealnym rozwiązaniem większości rozdygotanych myśli, puchnących od strachu, nierównowagi, lękotwórczego zaczesywania gniewu pod skórę, czy kotwiczenia i tak niskiej już samooceny. Wyzwoliłaś się nieco z uprzęży opinii innych, zabiegania o akceptację całej reszty świata i skoncentrowałaś na swoim mini świecie. Są znowu książki. Odpoczynek. Więcej świadomych myśli, mniej automatycznych czynności. Wspólny z rodziną czas. I dystans jakiego potrzebowałaś, by płynąć pod prąd - jak zawsze chciałaś. Bo nigdy nie byłaś jak wszyscy. Jak większość. Jak inni. I naprawdę jest ci z tym wszystkim dobrze. Przynajmniej w skali swojego mikroświata. Lecz poza jego granice starasz się nawet nie wynurzać, nie wychylać głowy, nie trzepotać rzęsami, by powietrze rozedrgane nie uruchomiło niepotrzebnych lęków od początku. Niech tam sobie śpią. Niech poczekają do wtorku. Do mammografii. Ona ostatecznie rozwiąże supły zmartwienia numer jeden w tle zielonych oczu.