niedziela, 2 lipca 2023

Na półce

 Po kilku miesiącach terapii mogę zdecydowanie powiedzieć, że w końcu się zmieniam. I robię to dla siebie samej. Po raz pierwszy w życiu łączę te wszystkie porozsypywane kropki. Zamiatam i sprzątam. Nazywam i klasyfikuję. Odkurzam wspomnienia i przyglądam im się pod lupą. Oddaję głos zapomnianym emocjom i pozwalam im spłynąć. Wydobyć się na powierzchnię. I zaistnieć. 

Bo w całej tej swojej dorosłej odsłonie, mogę w końcu sama zaopiekować siebie. Utulić i przetrzymać dziecięcą bezradność, niepewność, wątpliwość, czy drżenie serca. Wziąć głęboki oddech i przypomnieć sobie, że jestem silna. I że potrafię. I dam sobie radę. 

Bez wstydu, dumnie wypinając piersi, nabieram powietrza w płuca. Odrzucam lęk, choć nawyk tulenia się w jego objęciach bywa momentami otumaniający. Przez lata oddawałam mu pierwsze skrzypce, które rozbrzmiewały echem w filharmonii duszy. 

Tydzień temu wybraliśmy się we dwójkę do mojego rodzinnego miasta na koncert ulubionego zespołu syna. Energia tłumu podobnych mu nastolatków oraz radość kipiąca z twarzy Młodego - napełniła mnie niebywałym uczuciem radości, że mogę być świadkiem jego pierwszego w życiu koncertu. Jego kolejnego spełnianego marzenia.

Nocowaliśmy w mieszkaniu rodziców pod ich nieobecność. I tam, na ostatnim, piątym piętrze niewielkiego bloku, z którego okien jeszcze kilka lat temu rozpościerał się przecudny widok na parki i lasy, obecnie przyduszony został blokowiskami, bezczelnie zabierającymi widok chmur i nieba. Lasów i parków już nawet nie widać. Słychać za to więcej. Głośno. I duszno od ciasnoty.

Rodzice na wyjeździe w sanatorium. Nie ma więc głupich i niepotrzebnych komentarzy. Nie ma trzepotu rzęs od wywijanych z pogardy oczu matki, bo znowu nie spełniam jej standardów, jej wymagań. Jest po prostu cisza, której wreszcie mogę się poprzyglądać. Wstaję więc od stołu i przechadzam się z kubkiem ciepłej, pysznej herbaty. I staję naprzeciw półki z wystawą zdjęć rodzinnych. I analizuję.

Od lewej. Ślubne zdjęcie brata z bratową. Brat jako dwulatek. Półtoraroczny bratanek na dwóch kolejnych zdjęciach. Potem ja sama. Ja z ojcem. I na końcu - rodzice, jeszcze jako narzeczeni, całujący się na stoku narciarskim.

Nie ma mojego męża. Nie ma naszych dzieci. Ani jednego. 

I tak oto ta cholerna półka ugrzęzła w moim gardle. Stanęła w poprzek. Kopnęła. Wierzgnęła. Zacisnęła pięści. By finalnie, kilka dni później, wypłynąć z hukiem podczas terapeutycznej sesji. Ku własnemu zaskoczeniu przyglądałam się desperackiemu pragnieniu, aby rodzice wreszcie zaakceptowali moje życie! Pomimo, iż jest ono tak cholernie odmienne od ich wyobrażeń. Nie muszą się zgadzać ze mną, z moim światopoglądem, z obranym kierunkiem. Ale niech do cholery przestaną mnie o wszystko obwiniać. Mnie. Mojego męża. A moje dzieci traktować jakby już w ogóle ich nie obchodziły.

Dawna Ja zakopałaby głęboko w sobie to odkrycie i własne emocje, które tamta półka uruchomiła. 

Lecz Nowa Ja nie odpuściła. 

Może odwagi dodała mi Ania - moja przyjaciółka, która tamtego dnia wędrowała ze mną i z naszymi psami jak co dzień po lesie? A może to praca, jaką wewnętrznie toczę od kilku miesięcy? Może nowa potrzeba, by przestać tak chorobliwie żądać od wszystkich aby się domyślali, co we mnie się dzieje, co toczy moją duszę i czego tak prawdziwe potrzebuję? Może potworne zmęczenie tą standardową procedurą? A może dojrzewająca ja - nadganiająca utracone lata? Może... 

Kiedy jednak tamtego słonecznego wieczoru zadzwonił ojciec, by kajając się za swoją niepamięć o moich imieninach (których nie obchodzę odkąd pamiętam, bo urodziny zawsze były dla mnie najważniejsze) - opowiadał o swoim z matką powrocie do domu i zadając pytanie "Co tam u was?" - przecięłam powietrze ostrym mieczem. "Muszę powiedzieć, że zrobiło mi się bardzo przykro, że na półce ze zdjęciami nie ma naszych dzieci, a waszych wnuków. Macie przecież tyle zdjęć, tyle wam im dałam". 

W słuchawce słuchałam głupich tłumaczeń, bez pokrycia. Irytujących. Obezwładniających. Takich, z którymi nie warto dyskutować. Zostawiłam to. Nie warto z tym poziomem toczyć bojów. Wystarczy. Wystarczy, że w końcu wyartykułowałam swój ból, swoje rozczarowanie. Powiedziałam, że brak naszych dzieci na tej rodzinnej półce dotknął mnie i zabolał.

Teraz pozostał ze mną ten kurz. Muszę się nim zająć. Posprzątać. I poukładać wszystko. Po kolei. Powoli. Powyrzucać niepotrzebne do śmieci. 

A te istotne - rozstawić oprawione w ramkę na półce.

środa, 19 sierpnia 2020

Bieszczadzkie sny o wolności

Szemrząca rzeka i małe kaskady wodospadu. Szum liści na wietrze i nigdy nie kończący się koncert wszelkich owadów szurających swoimi odnóżami w takt cichych walców dla partnerek życia. Sunące po nieboskłonie białe puchy chmur, świdrujące wzrokiem ptactwo, w szczególności kruki i jastrzębie. Krraaa! Kraaa! Kto by pomyślał, że tak bardzo pokochasz ten dźwięk? Prostowanie wszelkich zakrętów w głowie. Wszystkie zakamarki albo przewietrzone, albo puszczone w wieczne zapomnienie na wiatr lekki i ciepły. Niepamięć (och, tak!) i rozkosz wolności rozlewała się każdego dnia po twoim ciele, gdzieś w bieszczadzkiej wsi, gdzieś pośród pagórków, łąk, strumieni i lasów.

Ok, nie byliście tam sami. Było 12 rodzin z popierdolonymi matkami chlejącymi wino od rana do wieczora, histerycznymi tatusiami udającymi, że nie widzą, jak ich bachory niszczą mienie, z korpoludkami oderwanymi od rzeczywistości, mającymi za nic kulturę, dobre wychowanie, łagodność. Wciąż tylko „należy mi się!”. Dzieci wrzeszczące i wzmacniające potencjał agresywnych myśli. Yhhh.. Ale kiedy tylko te wszystkie rodziny wsiadały w swoje lśniące SUV-y i inne leasingowe cacka na czterech kółkach i jechały na całodniowe wycieczki - w tej cudnej zagrodzie zapadała wreszcie błoga cisza. Cisza krusząca wszelkie jestestwa, świadomości, cielesności. Zdmuchująca z powierzchni poplątane myśli, wyżłobione przez lata problemy, ociekające krwią i gęstą wydzieliną wymiocin. Wszystko odpływało, odfruwało w niebyt, niepamięć, nierzeczywiste nie-istnienie.

Dawno już tak się nie czułaś. Rozbrojona z tego, co świat siłą ponakładał ci ciasno na ciało. Oddychałaś pełną piersią, czując mikroskopijne nanocząsteczki światła, które rozświetlały wszystkie ciemne piwnicze myśli. Znikało zło tego świata. Pandemia. Szaleństwo projektów. Timeout’y. Loginy i hasła. Wszystkie logi, struktury kodowe, łączniki i usługi. Zasięgu też nie było. I dobrze. Istniało bowiem inne życie. Poza zdrętwiałą, skostniałą konstrukcją cywilizacji XXI wieku. Słońce miało swój zapach i smak na twojej skórze, który mogłabyś lizać i całować całymi dniami. Siwe włosy były twoim przesłaniem, tak cholernie spójnym z oddechem ziemi, której intensywny ton rozgaszczał się przymilnie podczas letniego deszczu.

Lecz dwa tygodnie szybko dobiegły końca. Opalona i jednocześnie pogubiona siedzisz trzeci dzień przed komputerem i zastanawiasz: co-do-kurwy-nędzy-masz-robić-i-jak-do-cholery?!? Nie wiesz tego. Dzień płynie, a ty razem z nim. Rozprostowane zawijasy w mózgu, nie chcą wracać na swoje miejsca. Ktoś dzwoni, gonią terminy, szybko, szybko, szybciej! A ty nie dowierzasz. Jak tak w ogóle można? Czy ktoś wylogował cię po całości? Wyczyścił pamięć do zera? Rok temu więcej pamiętałaś, jakbyś ledwo po weekendzie wracała do pracy. Fakt, wtedy nie wyjechałaś z miasta. Miastowy urlop zawsze jest do bani. Tymczasem teraz z olbrzymim trudem zmuszasz się do patrzenia w niebieski ekran monitora. Próbujesz wyskrobać z notatek, maili, zeszytów resztki dojrzałej korpo-postawy. Musisz-być-szybka-i-sprawna! Ale JUŻ!

Próbujesz więc zwinąć to, co nadal rozprostowane.
I czekasz, bo może ktoś też tak ma i wspólnie ci w tej gimnastyce potowarzyszy?

niedziela, 7 czerwca 2020

Deszcze niespokojne

Deszcz. Słońce. Wiatr. Deszcz. Słońce. Wiatr. I tak w kółko. Przyjemnie. Czasem chłodno. Czasem gorąco. Każdy dzień, czy noc, którą zapełnia deszcz, upaja cię i spowija myśli spokojem. Widmo tegorocznej suszy i katastrofy ekologicznej znika z widoku i tymczasowości chwili. Oddychasz głębiej.

Tymczasem pandemia nie spowolniła swojego marszobiegu. Bynajmniej nie spłaszczyła krzywizn na medycznych wykresach. Ale rząd tego kraju rozpoczął już etap rozmrażania tego, co musiało zostać powstrzymane w lodowej paszczy kryzysu. Ludzie powoli więc dźwigają się z kolan. Jedni przy tym rozpaczają. Inni trwają w histerycznym otępieniu. Jeszcze inni wymachują kijami i grożą rewolucją. Reszta kombinuje. Przebranżawia się. Szuka luk i wyłomów w rzece bezlitosnego systemu. Wszyscy bowiem musimy walczyć, trwać i żyć. Dla siebie i dla innych. Lecz czy ktokolwiek powiedział, że to będzie łatwe?

Na ulice powróciła ułuda normalności. Dzieci znowu biegają w grupkach po osiedlowych uliczkach i ganiają na hulajnogach, czy rolkach. Młodzież spotyka się na boiskach i rozświetla swoje młode twarze czerwonym blaskiem palonych na znak buntu papierosów. Szkoły nie ma, jest niby obowiązek nauki zdalnej, ale co tam. I tak koniec roku za pasem, więc niech żyją wakacje przed wakacjami. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dorośli też dokazują do woli - bez przymusu zasłaniania ust maseczkami, spotykają się co rusz na grillach, zaległych urodzinach, odłożonych imprezach. Jakby to, co trzymało nas przez ubiegły kwartał, było tylko złym snem. Czy wypalonym do cna stosem nieprawdy. Toną absurdalnej antyutopii wymyślonej na poczet kolejnych teorii spiskowych.

Ale ty czujesz podskórnie, że za kilka tygodni, najpóźniej jesienią, doświadczą wszyscy zmasowanego nawrotu tego piekła. I będzie jeszcze gorzej niż jest dziś. Będziemy jeszcze twardo zgrzytać zębami, krusząc swój upór i optymizm na potwornych wieściach, wykresach i statystykach, wyrywających trzewia optymizmu z żywego ciała. Ty wiesz, że to jeszcze nie jest ten czas zabawy i poluźniania krawatów. Obserwujesz więc wszystko z chłodnego dystansu. Z niedowierzaniem potrząsasz krótkimi, coraz bardziej siwiejącymi włosami i nadal chronisz najbliższych.

Zaś twój brak łączności z wirtualnym światem znajomych okazał się globalnym i idealnym rozwiązaniem większości rozdygotanych myśli, puchnących od strachu, nierównowagi, lękotwórczego zaczesywania gniewu pod skórę, czy kotwiczenia i tak niskiej już samooceny. Wyzwoliłaś się nieco z uprzęży opinii innych, zabiegania o akceptację całej reszty świata i skoncentrowałaś na swoim mini świecie. Są znowu książki. Odpoczynek. Więcej świadomych myśli, mniej automatycznych czynności. Wspólny z rodziną czas. I dystans jakiego potrzebowałaś, by płynąć pod prąd - jak zawsze chciałaś. Bo nigdy nie byłaś jak wszyscy. Jak większość. Jak inni. I naprawdę jest ci z tym wszystkim dobrze. Przynajmniej w skali swojego mikroświata. Lecz poza jego granice starasz się nawet nie wynurzać, nie wychylać głowy, nie trzepotać rzęsami, by powietrze rozedrgane nie uruchomiło niepotrzebnych lęków od początku. Niech tam sobie śpią. Niech poczekają do wtorku. Do mammografii. Ona ostatecznie rozwiąże supły zmartwienia numer jeden w tle zielonych oczu.

sobota, 23 maja 2020

Z dymem ku niebu

Uchylasz okno, ściskając metalową, białą klamkę i w jednej chwili, cudownie przyjemny, orzeźwiający chłód wciska się pomiędzy ramę okna, a firanki. Wpada do środka i owiewa cały biały pokój temperaturą, za którą tęskniłaś od dawna. W tym chłodzie bowiem zainstalowana jest najcudowniejsza substancja - woda. Na dworze w końcu mokro i ciemnawo. Liście na drzewach błyszczą szczęściem niczym młodzież szykująca się na pierwszą prywatkę. A zapach ziemi wraz z jej wewnętrznym, intymnym i intensywnym składnikiem życia wwierca się w twoje nozdrza.

Dziś krople deszczu harmonizują twoje ciało w głębokim relaksie, jakiego dawno już nie doświadczałaś. Gdzieś tam, daleko, w odległych krainach współczesnych mediów, Internetu, Facebooka, wirtualnych gazet, wydawnictw, radiostacji, czy stacji telewizyjnych - pandemia śmiertelnego wirusa wciąż szaleje, nie spłaszcza krzywej, zgniata gospodarki, rujnuje ludzi i ich firmy, dewastuje umysły, psychikę i zdrowie. Gdzieś tam daleko jest świat pełen okrucieństwa. Ale twój własny - w wersji mikro - ma swoje własne cztery kąty. Dach nad głową. Jedzenie w lodówce. Pieniądze na koncie. Zdrowie. I dwójkę dzieci, które pomimo swoich dziecięcych wad, wylewają pokłady empatii i wrażliwości pod twoje stopy, otulając cię ciepłą kołdrą, gdy zasypiasz. To także mąż czule całujący cię w czoło i szykujący posiłek, którego nie możesz sama przygotować, bo natłok prac, bo projekty, bo terminy, bo wyniki finansowe, bo komputera wyłączyć się nie da. To także dwa mruczące koty. Czy półki pełne książek. Zapach kawy. Chleba. Czy świeżo upieczonego ciasta.

Deszcz. Wilgoć. Ciemność. Chwila wytchnienia. Od palącego słońca i suchej ziemi, wzbijającej tumany kurzu i pyłu. Od żaru wciskającego się do domu, pomimo zamkniętych okien. I od tygodnia układania własnych emocji wzburzonych po raz kolejny na szarym korytarzu, w oczekiwaniu na wezwanie lekarza, najpierw gorzko komentującego twoją obecność wieczorną porą, a potem zapraszającego do ciemnego pomieszczenia. W krótkich, żołnierskich słowach, opowiedziałaś mu o tym, kiedy i co odkryłaś. A on poprosił o nagość do połowy. I położenie się na papierowym prześcieradle.

Zimny żel i głowica ślizgająca się po intymnych miejscach. Twój wzrok zatrzymał się jak zwykle na suficie. Odnalazłaś swój bezpieczny punkt podparcia. Czujnik dymu, puszczający swoje czerwone oczko do ciebie co kilkanaście sekund. Nie liczyłaś ile razy zabłysnął. Próbowałaś nie myśleć. Tylko jak nie analizować ile razy i pod jakim kątem głowica ucisnęła twoje piersi? Góra. Dół. Bok. Znowu szczyt. I powrót. Lewo. Prawo. Góra. Dół. I znowu to samo. Przeniosłaś swój wzrok na biały klimatyzator z zaprogramowanymi dwudziestoma jednymi stopniami Celsjusza. Przyjemny chłód chwilę później powodował ciarki. Czy on widzi, że jest ci zimno, czy napędza może myśli o podniecie?

Prawa pierś oblegana była szczególnie intensywnie. Zbyt długo. Zbyt dokładnie. Zbyt mocno. I zbyt intensywnie. A potem żołnierski skrót: proszę się wytrzeć - proszę się ubrać - proszę posłuchać. "Usg niczego nie wykryło, lecz ta bruzda jest bardzo niepokojąca, gdyż jest typowym objawem rozwijającego się nowotworu. Proszę uzupełnić badanie o mammografię."

Ulica przed przychodnią tego dnia była pusta. Niewiele osób w maseczkach kręciło się wokół, zmierzając zapewne do swoich domów. Wyciągnęłaś z torebki paczkę papierosów, które niepotrzebnie kupiłaś podczas ataku wielkiego gniewu kilka tygodni temu. Papieros sycił i zasysał emocje do środka. Tłumił i uśmiercał. A potem wraz z jego niebieskoszarym dymem ulatywał ku niebu. Potrzebowałaś tej natychmiastowej ciszy w emocjonalnym szale.

Mijały dni. Kolejny lekarz. Kolejna opinia. Rozmowa z innym Wojownikiem Światła. I nagle to samoistnie zadziałało, zaskoczyło. Cisza w głowie. Myślach. Sercu. Umyśle. Głębi. Brak echa, do którego nie potrzebowałaś się odwoływać. Po prostu cudowna cisza.

Poczekaj aż wydadzą ostateczną diagnozę.
A póki co - po prostu żyj.

niedziela, 17 maja 2020

Zassana

Budzisz się i przeciągasz. Rozkosznie leniwie. Wysilasz wzrok i kierujesz go ku czarnym półkom z książkami, lecz bez okularów nie dojrzysz niczego prócz kształtu, koloru, zarysu kantów i gładkości kuli. Sięgasz więc po telefon z pobliskiej, nocnej szafki i analizujesz kosmiczny bezmiar czasu. Jest ósma z drobnym hakiem. W sam raz na leniwe rendez-vous z ciepłą pościelą. Głęboki wdech. Szelest pośród ciszy śpiących jeszcze niedobitków weekendu. Śpiewy ptaków z pobliskiego lasu. Szum jaskrawozielonych liści witających radośnie ten swój nowy i ostatni zarazem rok życia. Promienie słońca wydobywające się z wielkim trudem spomiędzy ołowianych, ciężkich i nabrzmiałych pragnieniem deszczu chmur. I długi wydech.

Dopiero po chwili dociera do ciebie właściwa kolejność kalendarzowego kafelka. Ta przeklęta nazwa. Definicja i pojęcie. Dzień tygodnia. Czyli pieprzona i znienawidzona do cna niedziela. Ani to święto, ani wolne. Wiecznie nabzdyczona. Sztuczna. Chorobliwie i zazdrośnie strzegąca swojej urojonej świętości. „Nie wolno sprzątać!”, „Kto znowu wierci?!”, „Jak śmie odkurzać?!”. To tak, jakby miała tylko jeden prawidłowy przepis na istnienie: dzień dobry - śniadanie - msza w kościele - spacer - obiad - rodzina przy stole lub naprzeciw telewizora - dobry wieczór - dobranoc. Serio? Naprawdę? Czy tylko tak?

Niemal każda niedziela najeżona jest ze wszech miar wszystkimi detalami nadciągającego tygodnia. Pracą. Szkołą. Spotkaniami. Pilnymi zleceniami. Egzaminami. Niezapowiedzianymi kartkówkami. Sprawdzianami. Kłótniami wiszącymi w powietrzu, bo gdzieś po drodze komuś zabrakło odwagi lub empatii. Rozmowami, które może coś rozwiążą, a może jeszcze bardziej skomplikują. Pilnymi terminami, które znowu będziesz ścigać, gonić do upadłego. Nowymi rzeczami, które będziesz musiała poznać. Zrozumieć. I zaakceptować.

Wraz z tą mocą świadomości, miękka otulina kołdry, traci swoją moc dawania rozkoszy ciału. Robi się pod nią gorąco i niewygodnie. Drażniąco ciasno. Odrzucasz więc pościel i pionujesz ciało. Twoje serce z automatu pompuje coraz szybciej hektolitry stresu, lęku i obaw. Znowu ten ostatni dzień tygodnia, przemienia się w karykaturalną wersję dnia wolnego. Owszem. Pewnie i zapełni ją wspólne z dziećmi przytulanie, jakieś łaskotki, miły spacer po pachnącym wiosną lesie, obiad przy wspólnym stole, bez telefonów, czy telewizji. Ale i tak, raz po raz, uderzy w ciebie najeżona kolcami kaskada myśli z przyszłości. Otumani. Zawojuje. Zagarnie do środka. Zassie.

Tak jak twoją prawą pierś, od której od kilku minut nie możesz oderwać oczu. Lustrzane odbicie nie ma litości. Empatii. Współczucia. Nie potrafi kłamać. Ofiarować choćby ociupinę oszustwa dla dobra ogólnego. Nie. Nie ma takiej opcji. Lustro zawsze pokaże wszystko, jak jest. A jest źle. Czujesz to podskórnie. Tak jak tylko skóra może czuć asymetrię i stan zassania do jakiegoś potwora. Myśli pączkują ku niebezpiecznym przestrzeniom dobrze ci już znanej wyspy najciemniejszych scenariuszy życiowych. Tam tylko i wyłącznie dominują wypadki, śmiertelne choroby, nagłe odejścia, pogrzeby, rozpacz, łzy i ciemność. Strzepujesz je pospiesznie z rzęs. Nie wolno ci tam przebywać. Nie w tej chwili. Nie.

Kręcisz się i wyginasz. Prężysz i obracasz ciało wokół własnej osi. Ale zassana pierś ani drgnie, ani chce powrócić na swoje miejsce. Ledwo muśnięta anomalią, wychwycona wzrokowo, a już zdradza niepokojący objaw. Skąd się wzięła ta przeklęta asymetria? Skąd ta głębia wciągnięta do środka? Jak? Dlaczego? I dlaczego teraz?

Strach znowu pełznie ku sercu. Wspina się po chłodnych stopach, łydkach i udach. Zagarnia miękki brzuch do środka i napina wszystkie mięśnie, przyklejając je do kręgosłupa. Boli każde bicie serca. Musisz więc naprędce zasłonić widok. Ubierasz czarny stanik. Koszulkę. Bluzę z kapturem. I uśmiech. Oraz ciężką tajemnicę.

niedziela, 26 kwietnia 2020

Obrażona na śmierć

Obrażalska. Pamiętasz? Jasne, że pamiętasz. Szkoła podstawowa i to cholerne przekleństwo, łatka przyklejona na samym środku twojej bladej twarzy, gdzieś pomiędzy piegami, a zielonymi oczami. Ileż sprzecznych emocji kotłuje się w tobie, kiedy wspominasz te osiem szkolnych lat. Z jednej strony silne, emocjonalne więzi z ludźmi, z drugiej świadomość bycia nieustannym pośmiewiskiem. Bo brałaś wszystko do siebie tak cholernie poważnie. Bo miałaś w sobie zbyt mało luzu, a zbyt wiele dorosłej rozwagi. Bo nawet słowo „konstytucja”, choć wyszczekane w odpowiedzi na pyskówkę z kolegą w trakcie gry w piłkę, obróciło się przeciwko tobie i stało się hasłem przewodnim, tuż obok imienia i nazwiska wyczytywanego z dziennika każdego dnia przez nauczyciela. Wszystko traktowałaś dosłownie. Pozwalając by najmniejszy okruch słowa przemieniał się w ostry nóż zatapiany w sercu. Ale, no właśnie… Tylko tak, obrażając się w ten swój typowo wyniosły sposób, pokazywałaś swoje emocje, których przecież nie mogłaś nazwać. Bo nie potrafiłaś ich nawet zaklasyfikować, rozpoznać, poukładać. Bo nikt ciebie tego nie nauczył. Emocje? Przecież ty miałaś być posłuszna. Grzeczna. Ugodowa. Dobrze ucząca się. Pomocna. Więc w jak inny sposób mogłaś się bronić? Tylko właśnie w ten idiotyczny sposób - obrażając się na śmierć, i wiecznie żywiąc głupią nadzieją, że towarzystwo widząc ciebie, samo się domyśli, dostrzeże swój błąd, zrozumie jakie zadali cierpienie i ból, że przemyśli, pogada, przeprosi. Ale to nigdy nie następowało. Za to każda z takich akcji stawała się krowim dzwonkiem u twej szyi, na pamiątkę przyspawanym do ciała, który podczas każdego potrząsania głową, mógł tylko i wyłącznie rozśmieszać do łez. Choć ich dźwięk skrywał tak wiele niewykrzyczanych emocji - smutku, lęku, żalu, obawy, poczucia odtrącenia, zdrady.

Pierwsza miłość. Pamiętasz? Jasne, że pamiętasz. Siódma klasa i on, nowy chłopak. Przystojny blondyn o pięknych niebieskich oczach i zabójczym uśmiechu. Mieszkający w willi na osiedlu bogaczy i polityków w twoim rodzinnym mieście. I, o dziwo, zwracający uwagę już w pierwszym dniu września właśnie na ciebie. Królowę Lodu. Nie dowierzałaś swemu szczęściu. Nawet kiedy wyznał ci swoją miłość na karteczce papieru, przekazywaną z rąk do rąk, przez oceany ławek w klasie. Drżałaś z wrażenia, trzęsąc się w środku niczym galareta, bo jakimś cudem, z niezrozumiałych względów, z dodatkiem jakiejś kosmicznej energii, ktoś autentycznie pragnął ciebie bliżej poznać, dotykać i pewnie pierwszy raz w życiu pocałować. Ale ty, głupia, zamiast przyjąć zaproszenia na randkę , a jakże, na basen, dopraszałaś koleżankę z klasy, która od tej pory robiła wszystko, by ci tego przystojnego blondyna na dobre odbić. I kiedy dwa miesiące później zerwał z tobą, właśnie przez nią, jako pośredniczkę, wciąż nie dowierzałaś, nie dostrzegałaś tego, że przecież to ty sama wepchnęłaś ją do tego trójkątu, a to - grzech niezmazywalny. Będziesz za to już zawsze pamiętać jego oskarżenie - że byłaś prawdziwą Królową Lodu, niedostępną i nazbyt poważną, której nigdy nie zdołał pocałować.

Zawsze byłaś nad-wrażliwa. Przeżywająca mikroświat w makroskali. Rozdmuchiwałaś wszelkie drobnostki, totalne drobnice i zamieniałaś te uzbierane po drodze grosze na najsilniejsze paliwo dla dygoczącego ze strachu serca. Serca, które pompowało coraz więcej pieśni o opuszczeniu, zdradzie i zawodzie. I niczym samospełniająca się przepowiednia, kroczyłaś przez życie z tym ciężkim ładunkiem samozapalających się bomb i dziwiłaś, dlaczego wciąż jesteś sama. Dlaczego znowu ktoś cię porzucił. Dlaczego znowu ktoś cię prześladuje i sprawia ból przy każdym ruchu. Wiłaś się przez wiele długich lat pod naporem własnych myśli, wydedukowanych możliwości, wszelkich scenariuszy i powodów tych wszystkich ludzkich zdrad. Dla ciebie zawsze ludzie i wiążące cię z nimi relacje stawały się najważniejsze. Zawsze wszystkich i wszystko rozumiałaś, tłumaczyłaś, towarzyszyłaś, współodczuwałaś i trzymałaś się, jak tylko mogłaś, z dala od oceniania. Byłaś po wielokroć lojalna do bólu, nie raz dając po sobie jeździć jak po przysłowiowej, łysej kobyle, dając się wykorzystywać w tej swej naiwności i łatwowierności. Ale ten czas dobiegł końca. I choć ludzie nadal odchodzą, a we wnętrzu nadal przewala się wciąż to samo pytanie „dlaczego?”, to wolisz mimo wszystko ten swój poziom bezpiecznej samotności, zamiast niezrozumiałej dla ciebie polityki fałszu i dwulicowości.

sobota, 18 kwietnia 2020

W kolejce po chleb

Pozamykani w domach, mieszkaniach, w czterech ścianach. Bo tak trzeba. Bo tego wymaga aktualna sytuacja. Bo… pandemia. A ta odciska coraz głębsze piętno. Zmienia życia milionów. Bez pytania, czy może, czy tak wypada, czy tak powinno było się stać. Po prostu - dzieje się. Zasuwa z prędkością światła i po okrążeniu planety, zawsze ma coś nowego w zanadrzu. Dlatego wylogowałaś się z wirtualu. I wreszcie jest ci z tym dobrze. Po co wiedzieć więcej? Niewiedza to błogosławieństwo.

Twój dzisiejszy, kwietniowy, sobotni, rozkoszny, wiosenny poranek, przeciąga się razem z tobą, niczym leniwy kot, powoli prostując kościste godziny wolności. Wolności od pracy. Wolności od służbowych rozmów. Wolności od firmowego laptopa. Telefonów. Krzyków. Kłótni. Tupania nogą. Wolności od ciągłego poczucia winy, że godząc setki ról jednocześnie, walcząc o to, by nie zwariować, i aby zawsze być w wiecznym pogotowiu, zwarta i gotowa na każde poświęcenie - nadal jest ciebie za mało, za słabo, za cicho. Bo każde przetarcie oczu, to upłynnianie kanciastych paprochów korporacji, w celu lepszego zrozumienia okodowanego świata wszelkich zależności, których wcześniej nie musiałaś znać. I nadal nie chcesz. A musisz.

Ale dziś jest sobota.

Oddychasz więc głęboko i idziesz po chleb.

Drzwi schodowej klatki zamykają się za tobą, a wiatr rozkosznie delikatny, ledwie smaga ukojoną w końcu twarz. Wśród dni tak podobnych do siebie, to sobota właśnie przejmuje władzę nad twoim jestestwem, stając się najczulszą boginią całego, mrocznego tygodnia. Temperatura zbyt wysoka jak na tę porę roku, ale w tej danej chwili, cieszy cię, że możesz w końcu zostawić w domu kurtkę i wyjść w samym swetrze. I w masce, rzecz jasna. Która poddusza.

Ale, sza, już, sza!

Bo przecież jest tu też słońce, które rozświetla wszystko swoim intensywnym blaskiem. Przykuwa uwagę do wysokich drzew nad twoją głową, które w drżeniu wyczekują nagłego wybuchu zielonych liści. Jeszcze nie tworzą zakrytych cieni, są wciąż na wpół przezroczyste i blade. I z jakichś magicznych chyba powodów, pomimo trwającej od tak dawna suszy, zbierają siły do kolejnego sezonu pełnego zielonych szelestów i szumów wiatru.

Stajesz w długiej kolejce do piekarni. Zaskakująco długiej nie tylko z powodu tych obowiązkowych dwumetrowych odległości, jakie mają dzielić ludzi od siebie. Ale przede wszystkim długiej z powodu aktywowanego w głowach wszystkich planu przetrwania. Jak za czasów, gdy stawało się w kolejce, choć nie wiadomo było za czym się stoi. Gdy każdy pokarm stawał się rządową racją żywnościową, wybijaną w państwowej drukarni na kartkach i przydzielanych per twarz, per rodzina, per miesiąc. A teraz, kiedy wprowadzono prawo bezprawia, ludzie zrozumieli chyba, że muszą znowu przystąpić do tej samej walki. Odstać swoje w kolejkach, biec z samego rana, zanim sklep otworzą, bo co jeśli zabraknie? Bo co jeśli zabiorą? Bo co jeśli nie oddadzą?

Ale kolejki to tylko jeden przejaw szaleństwa.

Czekając w słońcu, z telefonem i odpaloną dla zabicia nudów grą, dociera do ciebie coś jeszcze. Że przed pandemią wcale nie byliśmy jacyś super luzaccy jako naród. Wiele wysiłku kosztował nas zwykły uśmiech dla kasjerki w Biedronce, czy nieznajomego w tramwaju. Szukaliśmy za to podtekstu. Drugiego dna w bagiennym dnie narodowej traumy. Dostrzegaliśmy kpinę, pogardę, obrazę, zamiast radości, otwartości, czy zwykłej sympatii. Dziś zaś obowiązek zakładania maseczek, zabrał nam tę otwartą możliwość zmieniania siebie, zmiękczania tej zamkniętej wersji Europejczyka, łagodniejszego traktowania obcych spotykanych na ulicy, wysupływania radości tak po prostu, bez powodu. Te cholerne maseczki nałożyły na nas idealną zasłonę dymną. Wreszcie nie musimy się uśmiechać. Nie musimy się starać rozumieć. Nie musimy zmiękczać. Nie musimy szukać ani analizować mimiki innych, odróżniać ich od grymasów, czy zwykłego zmęczenia. W końcu możemy być dalej zamknięci w sobie, bardziej obcy, bardziej zapadnięci. Bardziej oddaleni. Bardziej niż te pieprzone dwa metry. I mijający siebie nawzajem szerokim łukiem, niczym zarazę.

Wreszcie twoja kolej. Podchodzisz do lady i dostrzegasz swoją ulubioną sprzedawczynię, zawsze uśmiechniętą blondynkę i budzącą same pozytywne emocje. Więc uśmiechasz się szeroko i szczerze, wypowiadając kierowane do niej „dzień dobry”. I wtedy dociera do ciebie, że ona nie wie. Nie widzi. Nie czuje. Twój uśmiech stał się właśnie niewidzialnym bytem. Zbyt słabym echem i przygłuszonym trzema warstwami maseczki akcentem. Widząc jej kamienną twarz, dziękujesz więc tylko jej za ten pachnący cudownie chleb i wracasz naprędce do swojej dwupokojowej izolatki, obchodząc szerokim łukiem obcego sąsiada.