sobota, 23 maja 2020

Z dymem ku niebu

Uchylasz okno, ściskając metalową, białą klamkę i w jednej chwili, cudownie przyjemny, orzeźwiający chłód wciska się pomiędzy ramę okna, a firanki. Wpada do środka i owiewa cały biały pokój temperaturą, za którą tęskniłaś od dawna. W tym chłodzie bowiem zainstalowana jest najcudowniejsza substancja - woda. Na dworze w końcu mokro i ciemnawo. Liście na drzewach błyszczą szczęściem niczym młodzież szykująca się na pierwszą prywatkę. A zapach ziemi wraz z jej wewnętrznym, intymnym i intensywnym składnikiem życia wwierca się w twoje nozdrza.

Dziś krople deszczu harmonizują twoje ciało w głębokim relaksie, jakiego dawno już nie doświadczałaś. Gdzieś tam, daleko, w odległych krainach współczesnych mediów, Internetu, Facebooka, wirtualnych gazet, wydawnictw, radiostacji, czy stacji telewizyjnych - pandemia śmiertelnego wirusa wciąż szaleje, nie spłaszcza krzywej, zgniata gospodarki, rujnuje ludzi i ich firmy, dewastuje umysły, psychikę i zdrowie. Gdzieś tam daleko jest świat pełen okrucieństwa. Ale twój własny - w wersji mikro - ma swoje własne cztery kąty. Dach nad głową. Jedzenie w lodówce. Pieniądze na koncie. Zdrowie. I dwójkę dzieci, które pomimo swoich dziecięcych wad, wylewają pokłady empatii i wrażliwości pod twoje stopy, otulając cię ciepłą kołdrą, gdy zasypiasz. To także mąż czule całujący cię w czoło i szykujący posiłek, którego nie możesz sama przygotować, bo natłok prac, bo projekty, bo terminy, bo wyniki finansowe, bo komputera wyłączyć się nie da. To także dwa mruczące koty. Czy półki pełne książek. Zapach kawy. Chleba. Czy świeżo upieczonego ciasta.

Deszcz. Wilgoć. Ciemność. Chwila wytchnienia. Od palącego słońca i suchej ziemi, wzbijającej tumany kurzu i pyłu. Od żaru wciskającego się do domu, pomimo zamkniętych okien. I od tygodnia układania własnych emocji wzburzonych po raz kolejny na szarym korytarzu, w oczekiwaniu na wezwanie lekarza, najpierw gorzko komentującego twoją obecność wieczorną porą, a potem zapraszającego do ciemnego pomieszczenia. W krótkich, żołnierskich słowach, opowiedziałaś mu o tym, kiedy i co odkryłaś. A on poprosił o nagość do połowy. I położenie się na papierowym prześcieradle.

Zimny żel i głowica ślizgająca się po intymnych miejscach. Twój wzrok zatrzymał się jak zwykle na suficie. Odnalazłaś swój bezpieczny punkt podparcia. Czujnik dymu, puszczający swoje czerwone oczko do ciebie co kilkanaście sekund. Nie liczyłaś ile razy zabłysnął. Próbowałaś nie myśleć. Tylko jak nie analizować ile razy i pod jakim kątem głowica ucisnęła twoje piersi? Góra. Dół. Bok. Znowu szczyt. I powrót. Lewo. Prawo. Góra. Dół. I znowu to samo. Przeniosłaś swój wzrok na biały klimatyzator z zaprogramowanymi dwudziestoma jednymi stopniami Celsjusza. Przyjemny chłód chwilę później powodował ciarki. Czy on widzi, że jest ci zimno, czy napędza może myśli o podniecie?

Prawa pierś oblegana była szczególnie intensywnie. Zbyt długo. Zbyt dokładnie. Zbyt mocno. I zbyt intensywnie. A potem żołnierski skrót: proszę się wytrzeć - proszę się ubrać - proszę posłuchać. "Usg niczego nie wykryło, lecz ta bruzda jest bardzo niepokojąca, gdyż jest typowym objawem rozwijającego się nowotworu. Proszę uzupełnić badanie o mammografię."

Ulica przed przychodnią tego dnia była pusta. Niewiele osób w maseczkach kręciło się wokół, zmierzając zapewne do swoich domów. Wyciągnęłaś z torebki paczkę papierosów, które niepotrzebnie kupiłaś podczas ataku wielkiego gniewu kilka tygodni temu. Papieros sycił i zasysał emocje do środka. Tłumił i uśmiercał. A potem wraz z jego niebieskoszarym dymem ulatywał ku niebu. Potrzebowałaś tej natychmiastowej ciszy w emocjonalnym szale.

Mijały dni. Kolejny lekarz. Kolejna opinia. Rozmowa z innym Wojownikiem Światła. I nagle to samoistnie zadziałało, zaskoczyło. Cisza w głowie. Myślach. Sercu. Umyśle. Głębi. Brak echa, do którego nie potrzebowałaś się odwoływać. Po prostu cudowna cisza.

Poczekaj aż wydadzą ostateczną diagnozę.
A póki co - po prostu żyj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz