niedziela, 17 maja 2020

Zassana

Budzisz się i przeciągasz. Rozkosznie leniwie. Wysilasz wzrok i kierujesz go ku czarnym półkom z książkami, lecz bez okularów nie dojrzysz niczego prócz kształtu, koloru, zarysu kantów i gładkości kuli. Sięgasz więc po telefon z pobliskiej, nocnej szafki i analizujesz kosmiczny bezmiar czasu. Jest ósma z drobnym hakiem. W sam raz na leniwe rendez-vous z ciepłą pościelą. Głęboki wdech. Szelest pośród ciszy śpiących jeszcze niedobitków weekendu. Śpiewy ptaków z pobliskiego lasu. Szum jaskrawozielonych liści witających radośnie ten swój nowy i ostatni zarazem rok życia. Promienie słońca wydobywające się z wielkim trudem spomiędzy ołowianych, ciężkich i nabrzmiałych pragnieniem deszczu chmur. I długi wydech.

Dopiero po chwili dociera do ciebie właściwa kolejność kalendarzowego kafelka. Ta przeklęta nazwa. Definicja i pojęcie. Dzień tygodnia. Czyli pieprzona i znienawidzona do cna niedziela. Ani to święto, ani wolne. Wiecznie nabzdyczona. Sztuczna. Chorobliwie i zazdrośnie strzegąca swojej urojonej świętości. „Nie wolno sprzątać!”, „Kto znowu wierci?!”, „Jak śmie odkurzać?!”. To tak, jakby miała tylko jeden prawidłowy przepis na istnienie: dzień dobry - śniadanie - msza w kościele - spacer - obiad - rodzina przy stole lub naprzeciw telewizora - dobry wieczór - dobranoc. Serio? Naprawdę? Czy tylko tak?

Niemal każda niedziela najeżona jest ze wszech miar wszystkimi detalami nadciągającego tygodnia. Pracą. Szkołą. Spotkaniami. Pilnymi zleceniami. Egzaminami. Niezapowiedzianymi kartkówkami. Sprawdzianami. Kłótniami wiszącymi w powietrzu, bo gdzieś po drodze komuś zabrakło odwagi lub empatii. Rozmowami, które może coś rozwiążą, a może jeszcze bardziej skomplikują. Pilnymi terminami, które znowu będziesz ścigać, gonić do upadłego. Nowymi rzeczami, które będziesz musiała poznać. Zrozumieć. I zaakceptować.

Wraz z tą mocą świadomości, miękka otulina kołdry, traci swoją moc dawania rozkoszy ciału. Robi się pod nią gorąco i niewygodnie. Drażniąco ciasno. Odrzucasz więc pościel i pionujesz ciało. Twoje serce z automatu pompuje coraz szybciej hektolitry stresu, lęku i obaw. Znowu ten ostatni dzień tygodnia, przemienia się w karykaturalną wersję dnia wolnego. Owszem. Pewnie i zapełni ją wspólne z dziećmi przytulanie, jakieś łaskotki, miły spacer po pachnącym wiosną lesie, obiad przy wspólnym stole, bez telefonów, czy telewizji. Ale i tak, raz po raz, uderzy w ciebie najeżona kolcami kaskada myśli z przyszłości. Otumani. Zawojuje. Zagarnie do środka. Zassie.

Tak jak twoją prawą pierś, od której od kilku minut nie możesz oderwać oczu. Lustrzane odbicie nie ma litości. Empatii. Współczucia. Nie potrafi kłamać. Ofiarować choćby ociupinę oszustwa dla dobra ogólnego. Nie. Nie ma takiej opcji. Lustro zawsze pokaże wszystko, jak jest. A jest źle. Czujesz to podskórnie. Tak jak tylko skóra może czuć asymetrię i stan zassania do jakiegoś potwora. Myśli pączkują ku niebezpiecznym przestrzeniom dobrze ci już znanej wyspy najciemniejszych scenariuszy życiowych. Tam tylko i wyłącznie dominują wypadki, śmiertelne choroby, nagłe odejścia, pogrzeby, rozpacz, łzy i ciemność. Strzepujesz je pospiesznie z rzęs. Nie wolno ci tam przebywać. Nie w tej chwili. Nie.

Kręcisz się i wyginasz. Prężysz i obracasz ciało wokół własnej osi. Ale zassana pierś ani drgnie, ani chce powrócić na swoje miejsce. Ledwo muśnięta anomalią, wychwycona wzrokowo, a już zdradza niepokojący objaw. Skąd się wzięła ta przeklęta asymetria? Skąd ta głębia wciągnięta do środka? Jak? Dlaczego? I dlaczego teraz?

Strach znowu pełznie ku sercu. Wspina się po chłodnych stopach, łydkach i udach. Zagarnia miękki brzuch do środka i napina wszystkie mięśnie, przyklejając je do kręgosłupa. Boli każde bicie serca. Musisz więc naprędce zasłonić widok. Ubierasz czarny stanik. Koszulkę. Bluzę z kapturem. I uśmiech. Oraz ciężką tajemnicę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz