środa, 19 sierpnia 2020

Bieszczadzkie sny o wolności

Szemrząca rzeka i małe kaskady wodospadu. Szum liści na wietrze i nigdy nie kończący się koncert wszelkich owadów szurających swoimi odnóżami w takt cichych walców dla partnerek życia. Sunące po nieboskłonie białe puchy chmur, świdrujące wzrokiem ptactwo, w szczególności kruki i jastrzębie. Krraaa! Kraaa! Kto by pomyślał, że tak bardzo pokochasz ten dźwięk? Prostowanie wszelkich zakrętów w głowie. Wszystkie zakamarki albo przewietrzone, albo puszczone w wieczne zapomnienie na wiatr lekki i ciepły. Niepamięć (och, tak!) i rozkosz wolności rozlewała się każdego dnia po twoim ciele, gdzieś w bieszczadzkiej wsi, gdzieś pośród pagórków, łąk, strumieni i lasów.

Ok, nie byliście tam sami. Było 12 rodzin z popierdolonymi matkami chlejącymi wino od rana do wieczora, histerycznymi tatusiami udającymi, że nie widzą, jak ich bachory niszczą mienie, z korpoludkami oderwanymi od rzeczywistości, mającymi za nic kulturę, dobre wychowanie, łagodność. Wciąż tylko „należy mi się!”. Dzieci wrzeszczące i wzmacniające potencjał agresywnych myśli. Yhhh.. Ale kiedy tylko te wszystkie rodziny wsiadały w swoje lśniące SUV-y i inne leasingowe cacka na czterech kółkach i jechały na całodniowe wycieczki - w tej cudnej zagrodzie zapadała wreszcie błoga cisza. Cisza krusząca wszelkie jestestwa, świadomości, cielesności. Zdmuchująca z powierzchni poplątane myśli, wyżłobione przez lata problemy, ociekające krwią i gęstą wydzieliną wymiocin. Wszystko odpływało, odfruwało w niebyt, niepamięć, nierzeczywiste nie-istnienie.

Dawno już tak się nie czułaś. Rozbrojona z tego, co świat siłą ponakładał ci ciasno na ciało. Oddychałaś pełną piersią, czując mikroskopijne nanocząsteczki światła, które rozświetlały wszystkie ciemne piwnicze myśli. Znikało zło tego świata. Pandemia. Szaleństwo projektów. Timeout’y. Loginy i hasła. Wszystkie logi, struktury kodowe, łączniki i usługi. Zasięgu też nie było. I dobrze. Istniało bowiem inne życie. Poza zdrętwiałą, skostniałą konstrukcją cywilizacji XXI wieku. Słońce miało swój zapach i smak na twojej skórze, który mogłabyś lizać i całować całymi dniami. Siwe włosy były twoim przesłaniem, tak cholernie spójnym z oddechem ziemi, której intensywny ton rozgaszczał się przymilnie podczas letniego deszczu.

Lecz dwa tygodnie szybko dobiegły końca. Opalona i jednocześnie pogubiona siedzisz trzeci dzień przed komputerem i zastanawiasz: co-do-kurwy-nędzy-masz-robić-i-jak-do-cholery?!? Nie wiesz tego. Dzień płynie, a ty razem z nim. Rozprostowane zawijasy w mózgu, nie chcą wracać na swoje miejsca. Ktoś dzwoni, gonią terminy, szybko, szybko, szybciej! A ty nie dowierzasz. Jak tak w ogóle można? Czy ktoś wylogował cię po całości? Wyczyścił pamięć do zera? Rok temu więcej pamiętałaś, jakbyś ledwo po weekendzie wracała do pracy. Fakt, wtedy nie wyjechałaś z miasta. Miastowy urlop zawsze jest do bani. Tymczasem teraz z olbrzymim trudem zmuszasz się do patrzenia w niebieski ekran monitora. Próbujesz wyskrobać z notatek, maili, zeszytów resztki dojrzałej korpo-postawy. Musisz-być-szybka-i-sprawna! Ale JUŻ!

Próbujesz więc zwinąć to, co nadal rozprostowane.
I czekasz, bo może ktoś też tak ma i wspólnie ci w tej gimnastyce potowarzyszy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz