niedziela, 2 lipca 2023

Na półce

 Po kilku miesiącach terapii mogę zdecydowanie powiedzieć, że w końcu się zmieniam. I robię to dla siebie samej. Po raz pierwszy w życiu łączę te wszystkie porozsypywane kropki. Zamiatam i sprzątam. Nazywam i klasyfikuję. Odkurzam wspomnienia i przyglądam im się pod lupą. Oddaję głos zapomnianym emocjom i pozwalam im spłynąć. Wydobyć się na powierzchnię. I zaistnieć. 

Bo w całej tej swojej dorosłej odsłonie, mogę w końcu sama zaopiekować siebie. Utulić i przetrzymać dziecięcą bezradność, niepewność, wątpliwość, czy drżenie serca. Wziąć głęboki oddech i przypomnieć sobie, że jestem silna. I że potrafię. I dam sobie radę. 

Bez wstydu, dumnie wypinając piersi, nabieram powietrza w płuca. Odrzucam lęk, choć nawyk tulenia się w jego objęciach bywa momentami otumaniający. Przez lata oddawałam mu pierwsze skrzypce, które rozbrzmiewały echem w filharmonii duszy. 

Tydzień temu wybraliśmy się we dwójkę do mojego rodzinnego miasta na koncert ulubionego zespołu syna. Energia tłumu podobnych mu nastolatków oraz radość kipiąca z twarzy Młodego - napełniła mnie niebywałym uczuciem radości, że mogę być świadkiem jego pierwszego w życiu koncertu. Jego kolejnego spełnianego marzenia.

Nocowaliśmy w mieszkaniu rodziców pod ich nieobecność. I tam, na ostatnim, piątym piętrze niewielkiego bloku, z którego okien jeszcze kilka lat temu rozpościerał się przecudny widok na parki i lasy, obecnie przyduszony został blokowiskami, bezczelnie zabierającymi widok chmur i nieba. Lasów i parków już nawet nie widać. Słychać za to więcej. Głośno. I duszno od ciasnoty.

Rodzice na wyjeździe w sanatorium. Nie ma więc głupich i niepotrzebnych komentarzy. Nie ma trzepotu rzęs od wywijanych z pogardy oczu matki, bo znowu nie spełniam jej standardów, jej wymagań. Jest po prostu cisza, której wreszcie mogę się poprzyglądać. Wstaję więc od stołu i przechadzam się z kubkiem ciepłej, pysznej herbaty. I staję naprzeciw półki z wystawą zdjęć rodzinnych. I analizuję.

Od lewej. Ślubne zdjęcie brata z bratową. Brat jako dwulatek. Półtoraroczny bratanek na dwóch kolejnych zdjęciach. Potem ja sama. Ja z ojcem. I na końcu - rodzice, jeszcze jako narzeczeni, całujący się na stoku narciarskim.

Nie ma mojego męża. Nie ma naszych dzieci. Ani jednego. 

I tak oto ta cholerna półka ugrzęzła w moim gardle. Stanęła w poprzek. Kopnęła. Wierzgnęła. Zacisnęła pięści. By finalnie, kilka dni później, wypłynąć z hukiem podczas terapeutycznej sesji. Ku własnemu zaskoczeniu przyglądałam się desperackiemu pragnieniu, aby rodzice wreszcie zaakceptowali moje życie! Pomimo, iż jest ono tak cholernie odmienne od ich wyobrażeń. Nie muszą się zgadzać ze mną, z moim światopoglądem, z obranym kierunkiem. Ale niech do cholery przestaną mnie o wszystko obwiniać. Mnie. Mojego męża. A moje dzieci traktować jakby już w ogóle ich nie obchodziły.

Dawna Ja zakopałaby głęboko w sobie to odkrycie i własne emocje, które tamta półka uruchomiła. 

Lecz Nowa Ja nie odpuściła. 

Może odwagi dodała mi Ania - moja przyjaciółka, która tamtego dnia wędrowała ze mną i z naszymi psami jak co dzień po lesie? A może to praca, jaką wewnętrznie toczę od kilku miesięcy? Może nowa potrzeba, by przestać tak chorobliwie żądać od wszystkich aby się domyślali, co we mnie się dzieje, co toczy moją duszę i czego tak prawdziwe potrzebuję? Może potworne zmęczenie tą standardową procedurą? A może dojrzewająca ja - nadganiająca utracone lata? Może... 

Kiedy jednak tamtego słonecznego wieczoru zadzwonił ojciec, by kajając się za swoją niepamięć o moich imieninach (których nie obchodzę odkąd pamiętam, bo urodziny zawsze były dla mnie najważniejsze) - opowiadał o swoim z matką powrocie do domu i zadając pytanie "Co tam u was?" - przecięłam powietrze ostrym mieczem. "Muszę powiedzieć, że zrobiło mi się bardzo przykro, że na półce ze zdjęciami nie ma naszych dzieci, a waszych wnuków. Macie przecież tyle zdjęć, tyle wam im dałam". 

W słuchawce słuchałam głupich tłumaczeń, bez pokrycia. Irytujących. Obezwładniających. Takich, z którymi nie warto dyskutować. Zostawiłam to. Nie warto z tym poziomem toczyć bojów. Wystarczy. Wystarczy, że w końcu wyartykułowałam swój ból, swoje rozczarowanie. Powiedziałam, że brak naszych dzieci na tej rodzinnej półce dotknął mnie i zabolał.

Teraz pozostał ze mną ten kurz. Muszę się nim zająć. Posprzątać. I poukładać wszystko. Po kolei. Powoli. Powyrzucać niepotrzebne do śmieci. 

A te istotne - rozstawić oprawione w ramkę na półce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz