niedziela, 26 kwietnia 2020

Obrażona na śmierć

Obrażalska. Pamiętasz? Jasne, że pamiętasz. Szkoła podstawowa i to cholerne przekleństwo, łatka przyklejona na samym środku twojej bladej twarzy, gdzieś pomiędzy piegami, a zielonymi oczami. Ileż sprzecznych emocji kotłuje się w tobie, kiedy wspominasz te osiem szkolnych lat. Z jednej strony silne, emocjonalne więzi z ludźmi, z drugiej świadomość bycia nieustannym pośmiewiskiem. Bo brałaś wszystko do siebie tak cholernie poważnie. Bo miałaś w sobie zbyt mało luzu, a zbyt wiele dorosłej rozwagi. Bo nawet słowo „konstytucja”, choć wyszczekane w odpowiedzi na pyskówkę z kolegą w trakcie gry w piłkę, obróciło się przeciwko tobie i stało się hasłem przewodnim, tuż obok imienia i nazwiska wyczytywanego z dziennika każdego dnia przez nauczyciela. Wszystko traktowałaś dosłownie. Pozwalając by najmniejszy okruch słowa przemieniał się w ostry nóż zatapiany w sercu. Ale, no właśnie… Tylko tak, obrażając się w ten swój typowo wyniosły sposób, pokazywałaś swoje emocje, których przecież nie mogłaś nazwać. Bo nie potrafiłaś ich nawet zaklasyfikować, rozpoznać, poukładać. Bo nikt ciebie tego nie nauczył. Emocje? Przecież ty miałaś być posłuszna. Grzeczna. Ugodowa. Dobrze ucząca się. Pomocna. Więc w jak inny sposób mogłaś się bronić? Tylko właśnie w ten idiotyczny sposób - obrażając się na śmierć, i wiecznie żywiąc głupią nadzieją, że towarzystwo widząc ciebie, samo się domyśli, dostrzeże swój błąd, zrozumie jakie zadali cierpienie i ból, że przemyśli, pogada, przeprosi. Ale to nigdy nie następowało. Za to każda z takich akcji stawała się krowim dzwonkiem u twej szyi, na pamiątkę przyspawanym do ciała, który podczas każdego potrząsania głową, mógł tylko i wyłącznie rozśmieszać do łez. Choć ich dźwięk skrywał tak wiele niewykrzyczanych emocji - smutku, lęku, żalu, obawy, poczucia odtrącenia, zdrady.

Pierwsza miłość. Pamiętasz? Jasne, że pamiętasz. Siódma klasa i on, nowy chłopak. Przystojny blondyn o pięknych niebieskich oczach i zabójczym uśmiechu. Mieszkający w willi na osiedlu bogaczy i polityków w twoim rodzinnym mieście. I, o dziwo, zwracający uwagę już w pierwszym dniu września właśnie na ciebie. Królowę Lodu. Nie dowierzałaś swemu szczęściu. Nawet kiedy wyznał ci swoją miłość na karteczce papieru, przekazywaną z rąk do rąk, przez oceany ławek w klasie. Drżałaś z wrażenia, trzęsąc się w środku niczym galareta, bo jakimś cudem, z niezrozumiałych względów, z dodatkiem jakiejś kosmicznej energii, ktoś autentycznie pragnął ciebie bliżej poznać, dotykać i pewnie pierwszy raz w życiu pocałować. Ale ty, głupia, zamiast przyjąć zaproszenia na randkę , a jakże, na basen, dopraszałaś koleżankę z klasy, która od tej pory robiła wszystko, by ci tego przystojnego blondyna na dobre odbić. I kiedy dwa miesiące później zerwał z tobą, właśnie przez nią, jako pośredniczkę, wciąż nie dowierzałaś, nie dostrzegałaś tego, że przecież to ty sama wepchnęłaś ją do tego trójkątu, a to - grzech niezmazywalny. Będziesz za to już zawsze pamiętać jego oskarżenie - że byłaś prawdziwą Królową Lodu, niedostępną i nazbyt poważną, której nigdy nie zdołał pocałować.

Zawsze byłaś nad-wrażliwa. Przeżywająca mikroświat w makroskali. Rozdmuchiwałaś wszelkie drobnostki, totalne drobnice i zamieniałaś te uzbierane po drodze grosze na najsilniejsze paliwo dla dygoczącego ze strachu serca. Serca, które pompowało coraz więcej pieśni o opuszczeniu, zdradzie i zawodzie. I niczym samospełniająca się przepowiednia, kroczyłaś przez życie z tym ciężkim ładunkiem samozapalających się bomb i dziwiłaś, dlaczego wciąż jesteś sama. Dlaczego znowu ktoś cię porzucił. Dlaczego znowu ktoś cię prześladuje i sprawia ból przy każdym ruchu. Wiłaś się przez wiele długich lat pod naporem własnych myśli, wydedukowanych możliwości, wszelkich scenariuszy i powodów tych wszystkich ludzkich zdrad. Dla ciebie zawsze ludzie i wiążące cię z nimi relacje stawały się najważniejsze. Zawsze wszystkich i wszystko rozumiałaś, tłumaczyłaś, towarzyszyłaś, współodczuwałaś i trzymałaś się, jak tylko mogłaś, z dala od oceniania. Byłaś po wielokroć lojalna do bólu, nie raz dając po sobie jeździć jak po przysłowiowej, łysej kobyle, dając się wykorzystywać w tej swej naiwności i łatwowierności. Ale ten czas dobiegł końca. I choć ludzie nadal odchodzą, a we wnętrzu nadal przewala się wciąż to samo pytanie „dlaczego?”, to wolisz mimo wszystko ten swój poziom bezpiecznej samotności, zamiast niezrozumiałej dla ciebie polityki fałszu i dwulicowości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz