Pozamykani w domach, mieszkaniach, w czterech ścianach. Bo tak trzeba. Bo tego wymaga aktualna sytuacja. Bo… pandemia. A ta odciska coraz głębsze piętno. Zmienia życia milionów. Bez pytania, czy może, czy tak wypada, czy tak powinno było się stać. Po prostu - dzieje się. Zasuwa z prędkością światła i po okrążeniu planety, zawsze ma coś nowego w zanadrzu. Dlatego wylogowałaś się z wirtualu. I wreszcie jest ci z tym dobrze. Po co wiedzieć więcej? Niewiedza to błogosławieństwo.
Twój dzisiejszy, kwietniowy, sobotni, rozkoszny, wiosenny poranek, przeciąga się razem z tobą, niczym leniwy kot, powoli prostując kościste godziny wolności. Wolności od pracy. Wolności od służbowych rozmów. Wolności od firmowego laptopa. Telefonów. Krzyków. Kłótni. Tupania nogą. Wolności od ciągłego poczucia winy, że godząc setki ról jednocześnie, walcząc o to, by nie zwariować, i aby zawsze być w wiecznym pogotowiu, zwarta i gotowa na każde poświęcenie - nadal jest ciebie za mało, za słabo, za cicho. Bo każde przetarcie oczu, to upłynnianie kanciastych paprochów korporacji, w celu lepszego zrozumienia okodowanego świata wszelkich zależności, których wcześniej nie musiałaś znać. I nadal nie chcesz. A musisz.
Ale dziś jest sobota.
Oddychasz więc głęboko i idziesz po chleb.
Drzwi schodowej klatki zamykają się za tobą, a wiatr rozkosznie delikatny, ledwie smaga ukojoną w końcu twarz. Wśród dni tak podobnych do siebie, to sobota właśnie przejmuje władzę nad twoim jestestwem, stając się najczulszą boginią całego, mrocznego tygodnia. Temperatura zbyt wysoka jak na tę porę roku, ale w tej danej chwili, cieszy cię, że możesz w końcu zostawić w domu kurtkę i wyjść w samym swetrze. I w masce, rzecz jasna. Która poddusza.
Ale, sza, już, sza!
Bo przecież jest tu też słońce, które rozświetla wszystko swoim intensywnym blaskiem. Przykuwa uwagę do wysokich drzew nad twoją głową, które w drżeniu wyczekują nagłego wybuchu zielonych liści. Jeszcze nie tworzą zakrytych cieni, są wciąż na wpół przezroczyste i blade. I z jakichś magicznych chyba powodów, pomimo trwającej od tak dawna suszy, zbierają siły do kolejnego sezonu pełnego zielonych szelestów i szumów wiatru.
Stajesz w długiej kolejce do piekarni. Zaskakująco długiej nie tylko z powodu tych obowiązkowych dwumetrowych odległości, jakie mają dzielić ludzi od siebie. Ale przede wszystkim długiej z powodu aktywowanego w głowach wszystkich planu przetrwania. Jak za czasów, gdy stawało się w kolejce, choć nie wiadomo było za czym się stoi. Gdy każdy pokarm stawał się rządową racją żywnościową, wybijaną w państwowej drukarni na kartkach i przydzielanych per twarz, per rodzina, per miesiąc. A teraz, kiedy wprowadzono prawo bezprawia, ludzie zrozumieli chyba, że muszą znowu przystąpić do tej samej walki. Odstać swoje w kolejkach, biec z samego rana, zanim sklep otworzą, bo co jeśli zabraknie? Bo co jeśli zabiorą? Bo co jeśli nie oddadzą?
Ale kolejki to tylko jeden przejaw szaleństwa.
Czekając w słońcu, z telefonem i odpaloną dla zabicia nudów grą, dociera do ciebie coś jeszcze. Że przed pandemią wcale nie byliśmy jacyś super luzaccy jako naród. Wiele wysiłku kosztował nas zwykły uśmiech dla kasjerki w Biedronce, czy nieznajomego w tramwaju. Szukaliśmy za to podtekstu. Drugiego dna w bagiennym dnie narodowej traumy. Dostrzegaliśmy kpinę, pogardę, obrazę, zamiast radości, otwartości, czy zwykłej sympatii. Dziś zaś obowiązek zakładania maseczek, zabrał nam tę otwartą możliwość zmieniania siebie, zmiękczania tej zamkniętej wersji Europejczyka, łagodniejszego traktowania obcych spotykanych na ulicy, wysupływania radości tak po prostu, bez powodu. Te cholerne maseczki nałożyły na nas idealną zasłonę dymną. Wreszcie nie musimy się uśmiechać. Nie musimy się starać rozumieć. Nie musimy zmiękczać. Nie musimy szukać ani analizować mimiki innych, odróżniać ich od grymasów, czy zwykłego zmęczenia. W końcu możemy być dalej zamknięci w sobie, bardziej obcy, bardziej zapadnięci. Bardziej oddaleni. Bardziej niż te pieprzone dwa metry. I mijający siebie nawzajem szerokim łukiem, niczym zarazę.
Wreszcie twoja kolej. Podchodzisz do lady i dostrzegasz swoją ulubioną sprzedawczynię, zawsze uśmiechniętą blondynkę i budzącą same pozytywne emocje. Więc uśmiechasz się szeroko i szczerze, wypowiadając kierowane do niej „dzień dobry”. I wtedy dociera do ciebie, że ona nie wie. Nie widzi. Nie czuje. Twój uśmiech stał się właśnie niewidzialnym bytem. Zbyt słabym echem i przygłuszonym trzema warstwami maseczki akcentem. Widząc jej kamienną twarz, dziękujesz więc tylko jej za ten pachnący cudownie chleb i wracasz naprędce do swojej dwupokojowej izolatki, obchodząc szerokim łukiem obcego sąsiada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz