Pełzniesz jednostajnie przez świat, przez męczący korowód szaleńczo podobnych do siebie dni. Niby dłużej śpisz. Niby nie tracisz dziennie dwóch godzin na dojazd do i z pracy. Ale zmęczenie i tak samo anonsuje się cieleśnie, gromadnie osiadając we wszystkich komórkach twojego ciała. Przymykasz oczy i zaklinasz w myślach wszystko dookoła. Po czym pełzniesz dalej. Byle do wieczora. Do chwili, w której wreszcie zamkniesz firmowego laptopa i odgrodzisz siebie od nie-siebie.
Książki. Seriale. Dobre filmy. To, czego zawsze było tak dużo, tak intensywnie i tak wielobarwnie - dziś wymarznięte, wybrakowane i wykończone - stoi w kącie pokoju, na karnym jeżyku, smutkiem zalewając podłogę. Wykończone smutkiem są także ściany, które echem odbijają najnowsze śmiertelne doniesienia wirusowej pandemii.
Wszystko uległo zmianom. Sposób robienia zakupów, gdzie albo decydujesz się na długie stanie w kolejce przed sklepem, albo wybierasz zakupy online z niepewną dostawą do domu. Zakazami wstępu i spacerowania wybrukowano wszystkie lasy, parki, chodniki, ulice. Zaś praca zdalna przestała być luksusowym wyborem, a stała się koniecznym obowiązkiem. Siedzisz więc całymi dniami w czterech ścianach z pracą przy stole jadalnym, dziećmi na kolanach i ich szkolnymi pracami tuż obok. A lista wykonywanych przez ciebie zawodów wydłuża się namiętnie. Żona, matka, kochanka, psychoterapeutka, przyjaciółka, księgowa, pielęgniarka, sprzątaczka, kucharka, detektyw, strateg, logistyk, kierowca, obserwator, komentator, pedagog, wychowawca, nauczyciel.
Każdego dnia frustracja zagęszcza ci krew w żyłach. Chodzisz coraz bardziej opuchnięta strachem. Zataczasz się po pokojach pijana oparami ciasnego domostwa. Aż finalnie wybuchasz płaczem po rozkosznym seksie, bo właśnie do twojej rozedrganej świadomości dotarła prawdziwa groza i widmo samotnej oraz bolesnej śmierci. W głowie wybrzmiewa już tylko jej głos. Jej opowieść mająca być przestrogą dla młodych. Lecz dla ciebie jest już hymnem, którego refren będziesz odtwarzać setki milionów razy w ciągu doby.
- Nie mogliśmy go nawet potrzymać za rękę. Ani przytulić. Pocieszyć. Czy pożegnać się z nim. - opowiada w telewizyjnym reportażu siostra zmarłego 30 parolatka. Zdrowego, pełnego sił i energii życiowej. Ciach - trach. COVID-19. Szach - mat.
- On umierał tam w samotności. A my nie mogliśmy nic. Nic! A kiedy było po wszystkim, dostaliśmy do rąk tylko jego prochy.
Stoisz więc na balkonie i próbujesz być Tu-I-Teraz. Bierzesz głębszy oddech, ale momentalnie czujesz już tylko smród palonych przez twoich sąsiadów papierosów. Z jednej strony rozumiesz potrzeby palaczy (bo sama niegdyś byłaś jednym z nich), a z drugiej nienawidzisz tego lepkiego smrodu, przyklejającego się do firan, zasłon, pościeli, ubrań i włosów. Zamykasz więc oczy, by zapanować nad falą gniewu. Doświadczasz chłodu kamiennych płytek i zimnego wiatru od zachodu. Chaos myśli destabilizuje twój emocjonalny niegdyś potencjał. Chciałabyś przestać czuć się tak beznadziejnie, jak patyk wetknięty w środek gęstej, zastygłej smoły. Chciałabyś w końcu odnaleźć w sobie na nowo ten cholerny przycisk „power”, by jednym ruchem dłoni odegnać precz wszelką skrajność, lękotwórczość, wszelką niemoc. Lecz zamiast tego tkwisz w czerni własnych myśli i wciąż skubiesz palce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz