sobota, 28 marca 2020

Antyutopia

W końcu następuje sobota. Możesz spać, ile tylko chcesz. Przewracasz się z boku na bok, czując wewnętrzną zgodę na to słodkie lenistwo. Ciało ze znacznym spowolnieniem podąża za umysłowym kierunkowskazem. Odkształcone myśli, pofałdowane snem ciało, wszystko razem - miękko wygniata napięte tygodniem obserwacje. Blady uśmiech przemyka ci radośnie po twarzy. Pragniesz zatrzymać to wszystko w szerokim, barwnym kadrze. Zachować na pamiątkę unoszący się w rzeczywistości więziennej wycinek tej wyjątkowej czasoprzestrzeni. Miękkiej, wygrzanej ciałem pościeli. Bieli kojącej zmysły. Blasku słońca dumnie stąpającemu po kątach. Poranka tak cichego, że szept automatycznie przemienia się w zabawny stukot zimnych jeszcze ścian. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech…

I tu stawiasz trzy kropki. Stop klatkę. Bo tradycyjnie, w codziennym odruchu Pawłowa, sięgasz po telefon, na którym już rozkrzyczaną czerwienią bije cię po oczach bezimienny raport z nocnych obrad rządu twojego kraju. Czytasz i nie dowierzasz. I w jednej chwili to wszystko, co wygniecione, senne, miękkie i pofałdowane - przemienia się znowu w boleśnie napiętą strunę. Ciało zastyga i automatycznie wpada w te swoje betonowe odlewy. Oczy zachodzą mrokiem. Umysł zatrzaskuje drzwi i zakłada na nich żelazną kłódkę. Znowu jesteś w tej cholernej pułapce chorej abstrakcji. Masz ochotę krzyczeć. Wyć na cały regulator istniejącej jeszcze w tobie mocy. Pragniesz w jednej sekundzie wyjść na ulicę i wraz z wściekłym, milionowym tłumem wypluć z siebie ten pieprzony jad, którym karmi cię ten kraj od lat. Rzygasz już nim. Zatrucie osiągnęło poziom nasycenia wielowymiarowego. Lecz tym razem nie możesz już nic. Bo i tego zabrania ci twój kraj. Zamknął ciebie, jak i pozostałe miliony w mieszkaniach, domach, pokojach. Tkwisz więc na pięćdziesięciu pięciu metrach kwadratowych, na powierzchni dwóch niewielkich pokoi, zamieszkiwanych przez cztery osoby i dwa koty, wściekle roznoszące drewniany żwirek po wszystkich zakamarkach. Ciasno i duszno. Paranoicznie i schizofrenicznie.

Tymczasem głupie serce młóci jeszcze naiwne modlitwy nadziei. Że to jakaś pomyłka. Ponaglony Prima Aprilis. Że to przypadek. Że zatracili się nieco. Dali zapędzić w kozi róg. I zaraz to naprawią. Chwila. Momencik. Będzie dobrze. Nie bój się. Będzie dobrze. Będzie dobrze. To się da jeszcze odkręcić. Jest dobrze, naprawdę. I tak też będzie.

Nie!

Nie będzie, kurwa, dobrze! Bo oto właśnie się stało - tej rozkosznej, otulonej w ciepłą biel pościeli, nocy - większościowo uchwalono wyrok śmierci! Wydano go zaskakująco lekką ręką na miliony obywateli z jednoczesnym i jakże upiornym uśmiechem na gębie. A Joker, liliput, macha sobie właśnie nóżkami zadowolony i z odklejonym od rzeczywistości starczym umysłem. Antyutopia stała się twoim nowym domem.

Trzaskasz drzwiami. Wsiadasz z dziećmi do auta i jedziecie do lasu w nadziei na odrobinę świeżego powietrza, rozprostowanie kości, poruszania się nieco. Trzeba coś zrobić. Zmienić ten constans. Lecz spacer po lesie staje się pułapką. Słońce zamiast ogrzewać i rozleniwiać, podgrzewa do stanu wrzenia myśli. Drżysz coraz mocniej i z trudem panujesz nad językiem. I wtedy wpadasz na grupkę młodzieży, roześmianej, pijącej alkohol i palącej grilla.

Zakaz zgromadzeń powyżej 2 osób.

Zakaz palenia ognia w ogarniętym suszą lesie.

Ignorancja.

Zabawa.

Śmierć.

Ot - wyrok wykonany.

Nie potrzeba tu wojska. Nie potrzeba tu rządu. Nie potrzeba tu ustaw przepychanych kolanem po nocy. Nie potrzeba Jokera z umysłem paranoika. Wystarczy zatkać uszy, oczy i usta. Wystarczy być małpką w zoo. Wytresowaną do bylejakości.

Chwytasz więc dzieci za ręce i uciekasz z lasu z powrotem do więzienia, bo teraz to już nawet strach się bać…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz