Otwierasz oczy.
Ciemne jądro nocy rozświetlane pomarańczowym blaskiem ulicznych latarni, pełznie powoli ku twoim zmęczonym dłoniom, sięgającym po komórkę leżącą tuż obok. Zabawa światłocieni trwa w najlepsze. A ty pragniesz tylko ponownie zanurzyć się w czarną otchłań snu. O ile to, co właśnie minęło, było snem właśnie. Nabierasz powietrza w obolałe płuca i wysapujesz zmęczenie wraz z przeciągłym świstem. Chcesz tylko sprawdzić ile minęło czasu, odkąd ostatni raz kontrolowałaś godzinę. Skupiasz przez chwilę wzrok, marszcząc przy tym czoło, i momentalnie czujesz, jak fale twojej skóry na czole zachodzą na siebie wzajemnie, prężąc się, wyginając, i w końcu zastygając po drodze. Pierwsza dwadzieścia osiem. Psia krew! Chcesz przecież tylko spać. Chcesz spać. Chcesz spać!
Otwierasz oczy.
Wciąż pomarańczowa ciemność. Godzina druga z większym hakiem. Już nawet nie pamiętasz wartości po dwukropku, która smartfonowo rozświetliła na chwilę twoją twarz. Druga to przecież nadal środek nocy, a ty przewalasz się z boku na bok, nie mogąc się w pełni zanurzyć w tę odmóżdżającą, resetującą umysł część doby.
- Co się dzieje? - słyszysz za swoimi plecami i czujesz jego ciepły oddech na karku.
- Nie mogę spać. - warczysz i kąsasz każdą literą wycedzaną z ust o tej porze. Czyż to nie jest aż nazbyt oczywiste?
- Może weźmiesz tabletkę?
- Nie.
Sekundę później jego oddech nabiera tej zazdrosnej głębi, a twoja głowa z powrotem opada z ciężarem myśli na miękką poduszkę. Za późno na chemiczny sen. Zaśnij. Proszę, zaśnij, głowo.
Otwierasz oczy.
Blask słońca rozświetla już pokój, przedzierając się z tą swoją codzienną, poranną werwą przez cienką warstwę bieli, odgradzającej wasze życie od reszty świata. Lecz gdyby nie ta biel w oknach, widzielibyście się wszyscy, niczym w programie popularnej telewizji śniadaniowej. Materac na podłodze w stylu japońskim, na ścianach obrazy Buddy, dwa sukulenty na białej komodzie. Sięgasz po telefon spodziewając się budzika. Czwarta trzydzieści siedem. Półtorej godziny jeszcze. Choć wewnętrzny zew ciała pionuje się cię jakby z automatu. Uciekaj. Uciekaj, póki możesz. Póki jeszcze masz czas! Skacz, nurkuj, zniknij. Jeszcze masz czas…
Z zamkniętymi oczami sięgasz po wibrujący budzikiem telefon. Oczy nie chcą się otwierać. Powieki to teraz stal, a ciało - betonowy filar. Wszystko boli. A najmocniej - świadomość, że właśnie na dobre rozpoczyna się nowy dzień. Kolejny dzień bez drzwi i bez klamek. Z kratami w oknach, których jeszcze nie widać.
Praca.
Nauka.
Rozmowy.
Izolacja.
Wariatkowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz